33 obroty na minutę

Co można zrobić w ciągu jednej minuty? Założyć rajstopy, zaparzyć kawę, spóźnić się na autobus… Lub zatracić się przy muzyce płyty gramofonowej. Chociaż wygląda niepozornie, skrywa wiele sekretów. Zapraszam Was w podróż po Wrocławiu śladami miejsc, które pomogą zgłębić je wszystkie. 

 

MUZYCZNY RAJ

Vinyl Café

Gubię się wśród uliczek miasta, gdy natrafiam w końcu na kawiarnię Vinyl Café. Wiele już o niej słyszałam. Z plakatu uśmiechają się do mnie Dean Martin, Frank Sinatra i Sammy Davis Junior z koncertu w Carnegie Hall z lat 60. W pobliżu wisi napis „Drink coffee. Do stupid things faster with more energy”. Myślę, że coś w tym jest, bo nie wyobrażam sobie dnia bez kawy. Czuję jej zapach w powietrzu, a z gramofonu słyszę dźwięki saksofonu. Jest cudownie. „Myślę, że każdy może się tu poczuć jak w starym, klasycznym filmie.” – opowiada baristka, Magdalena Przyszlakiewicz. Co ciekawe, wszystkie wystawione na sprzedaż płyty należą do obszernej kolekcji właściciela.

Zaczynam się zastanawiać, co właściwie daje nam słuchanie tych płyt. Przed wyjściem z kawiarenki podróżniczka, Natalia Olek, dodaje: „Tak naprawdę rano możemy słuchać radia, po południu włączyć Spotify, a wieczorem muzykę z iPoda. Jednak winyle wydają się być najbardziej autentyczne.” Muszę przyznać, że w tym miejscu czuję się jakbym była w moim własnym muzycznym raju, którego nikt mi nie może odebrać.

fot. Marta Olek

CHWILA ZATRACENIA

w Dużej Czarnej

 „Szłam Świdnicką, gdy nagle zauważyłam napis na witrynie księgarni Matras. Informował o znajdującym się w środku sklepie z winylami. Od razu pomyślałam o moim chłopaku, który zbiera te płyty. Sama też je lubię. Ostatnio pomyślałam nawet, że powinnam była urodzić się parę dekad wcześniej.” – opowiada studentka romanistyki, Agnieszka. Właścicielem lokalu Duża Czarna jest Piotr Dykiert, miłośnik czarnych płyt, których ma w swoich prywatnych zbiorach około trzech tysięcy. „Najlepsze w mojej pracy jest to, że zawsze uczę się czegoś nowego od moich klientów.” – wyznaje. 

W Dużej Czarnej czuję się jakbym była pod wpływem hipnozy. Z miłością przypatruję się płytom i ostrożnie biorę je do ręki, tak jakby każda z nich była Świętym Graalem. Czas mija z prędkością światła. Przypadkiem patrzę na zegarek. Cholera, spóźniłam się na zajęcia!  

Gdy wchodzę do budynku, spotykam studentkę psychologii, Honoratę Błaszczyk. Na rozmowę o winylach mogę poświęcić jeszcze chwilę. Honorata opowiada mi: „Najbardziej podoba mi się ich głęboki dźwięk. Dodatkowo, jest on lepszej jakości od tego z płyt CD.”. Zdaniem dźwiękowca, Kamila Wołkowskiego, wszystko to za sprawą mniejszej dynamiki decybeli na płytach winylowych. Oznacza to, że w miarę upływu czasu dźwięk na nich stopniowo cichnie. Z tego powodu kiedyś wolniejsze piosenki znajdowały się na samym końcu krążka.

 

fot. Marta Olek

COŚ WIĘCEJ NIŻ MUZYKA 

Brassel Music Shop

Brassel Music Shop jest ucieleśnieniem wszystkiego, co najbardziej kocham. Mogę tu poczytać literaturę muzyczną, kupić DVD z koncertów i filmy fabularne. Zwracam jednak uwagę na witrynę z płytami gramofonowymi, gdzie widzę albumy Elvisa Presleya, Jimiego Hendrixa oraz mojego ulubionego zespołu, The Beatles.

 „Moim zdaniem najpiękniejsze w czarnych płytach jest to, że artyzm ich okładek jest równie ważny, co muzyka.” – mówi mi właściciel, Szymon Hałambiec.

Pytam o opinię na ten temat studentkę pierwszego roku dziennikarstwa, Martę Molińską. „Moim zdaniem słuchanie płyt analogowych jest wyjątkowe. Ale osoba pragmatyczna będzie je postrzegać jedynie jako dekorację”. Dzięki sprzedawcom dowiaduję się, że ludzie kupują je z różnych powodów: niektórzy  w celach komercyjnych, a inni dla ich wyglądu.  Wśród nich nie brakuje jednak prawdziwych miłośników winyli, którzy sprzedaliby duszę diabłu, żeby zdobyć swój ukochany album. Myślę, że raczkuję w ostatniej z tych grup. Choć mam ich tylko kilka, to gdybym miała więcej czasu i pieniędzy, wykorzystałabym je na poszukiwanie kolejnych krążków… 

 

fot. Marta Olek

W POSZUKIWANIU PRAWDY  

Nietota

Tajemnice winyli odkrywają się przede mną przez kolejnych parę dni. Nie jestem w pełni świadoma ich fenomenu aż do czasu, gdy wchodzę do pubu Nietota przy Świdnickiej. Moim oczom ukazują się pudła z winylami, do których ustawia się coraz dłuższa kolejka. Zdziwiona tym zgiełkiem przeglądam z prędkością światła albumy z gatunku pop. Ukradkiem zauważam, że jeden z miłośników trzyma w dłoni kultowy „Abbey Road” autorstwa The Beatles. To ciekawe, jak ludzie poszukują ich z wypiekami na twarzy, zupełnie jak za czasów PRL-u. Z zamyślenia wyrywa mnie wspomnienie rozmowy z Piotrem Dykiertem z Dużej Czarnej. „Myślę, że to czas, gdy potrzebujemy dotykać rzeczy, a nie tylko patrzeć na nie sprzed ekranu komputera”. Te słowa zostaną mi w głowie na długo. 

Płyty gramofonowe przeżywają drugą młodość, bo mają swój własny niepowtarzalny charakter. Dzięki nim czuję się, jakbym przeniosła się do dawnych czasów, gdy muzyka była tworzona nie dla rozgłosu, ale po to, żeby budzić prawdziwe emocje. Szczególnie uwielbiam w nich wyjątkowy dźwięk opuszczenia igły na płytę. Dzięki ciekawości i rozmowie z ludźmi odkryłam jednak, że płyty winylowe nie tworzą tylko nastrojowej atmosfery tu i teraz, ale są też zapisem historii, która pozostanie ze mną na zawsze. 

 

 

Studentka drugiego roku dziennikarstwa. Uzależniona od herbaty miłośniczka kotów. W wolnym czasie płacze na romantycznych filmach. Uwielbia chodzić do kina, słuchać winyli i czytać biografie. Roztrzepana fanka zumby.
0