Paweł Pawiński

Studiując, szukamy mentorów i autorytetów w uwielbianej dziedzinie. Często tytuł wykładowcy przywodzi na myśl powagę i sztywne ramy w stylu „Drodzy państwo”. Okazuje się jednak, że wcale nie musi tak być. O tym, jak być wykładowcą, a przy tym zachować luz, opowiedział Paweł Pawiński prowadzący dotychczas między innymi diagnostykę marki i komunikacji, briefing, badania empiryczne, projektowanie ofert i produktów czy planowanie filmu reklamowego.

 

Znamy Cię jako wyluzowanego prowadzącego. Czy nie obawiasz się, że przez takie zachowanie stawiasz się w jednym kręgu z nami i tym samym umniejszasz swojej pozycji?

Absolutnie nie. Od początku nauczania posługuję się frazą „Kiedy ja byłem w waszym wieku…” i uważam to za niezły dowcip, bo przecież traktuję was jak swoich rówieśników. Kiedy w 2011 roku po raz pierwszy prowadziłem zajęcia, od razu wiedziałem, że nie będę sugerował zmiany statusu, jaka się w moim życiu dokonała. Jedyną rozsądną opcją było przejście ze studentami na „ty”, co nadal wydaje mi się oczywiste. Szukanie pomiędzy nami różnic jest w moim odczuciu sztuczne. Ja mam problem z napisaniem doktoratu, wy ze zrobieniem pracy zaliczeniowej. Nadużyciem byłoby udawanie, że mój świat naukowy drastycznie różni się od waszego.

 

Jak zachowują się studenci, kiedy spotykasz ich wieczorem w pubie?

Można zaobserwować różne strategie – jedni udają, że mnie nie widzą, inni zachowują się naturalnie. Pewnie dlatego, że poza uczelnią bywacie bardziej wyluzowani. Cieszę się, że większość z was bawi się w taką formę interakcji. Nie chcę mówić, że bezpośrednim zachowaniem zmieniam wasze podejście do wykładowców, ale faktycznie widzę pewną ewolucję w postrzeganiu ich roli. To dobrze, że postrzegacie swoich prowadzących jako osoby, które przydają wam się do czegoś. Nie trzeba przecież utrzymywać sztucznej etykiety, żeby dopytywać i dyskutować.

 

Co daje ci największą satysfakcję w tej pracy?

Kiedy ktoś po zajęciach znajduje chwilę czasu i chce pochwalić się jakąś swoją refleksją. Za każdym razem cieszę się, kiedy zauważam, że coś w was zostaje, jakaś myśl kiełkuje. To są najfajniejsze sytuacje, mój najmocniejszy wskaźnik tego, że udaje mi się te zajęcia przeprowadzić dobrze.

 

(…) w improwizacji jest więcej pożytku dla was, niż gdybym miał slajd po slajdzie omawiać prezentację tak, jak ćwiczyłem przed lustrem.

 

Czy zdarza się, że prowadząc zajęcia, improwizujesz przez półtorej godziny?

Na początku wymarzoną dla mnie sytuacją było przeprowadzić zajęcia raz w tygodniu, ponieważ mogłem się wtedy perfekcyjnie przygotować. Siłą rzeczy traciła na tym spontaniczność, ponieważ uczyłem się wszystkiego, co chcę powiedzieć na pamięć. Kiedy zajęć przybyło, zauważyłem, że w improwizacji jest więcej pożytku dla was, niż gdybym miał slajd po slajdzie omawiać prezentację tak, jak ćwiczyłem przed lustrem. Mam kilka swoich ulubionych prezentacji, ale staram się zawsze coś do nich dorzucić. Rozbudowuję je, dodaję nowe przemyślenia i okazuje się, że za każdym razem wypadają inaczej.

 

W trakcie zajęć często podkreślasz, że zrobienie czegoś poprawnie za pierwszym razem jest niemal niemożliwe. Czy badania empiryczne to rzeczywiście tak trudny przedmiot?

To jeden z moich belferskich motywów. Podkładam wam kłody pod nogi, żebyście się niefortunnie wywrócili. Z doświadczenia wiem, że najlepiej uczyć się na własnych błędach. Pokazuję palcem, co jest źle, a potem rozmawiamy, o tym, jak to zrobić lepiej. Właśnie po to studiujecie.

 

W trakcie warsztatów poświęconych brandingowi mówiłeś, że marka – tak jak człowiek – ma osobowość, mocne i słabe punkty. Czy zdarza ci się, idąc ulicą, spojrzeć na produkt z billboardu jak na dystyngowaną damę lub rozkapryszonego nastolatka?

Może to spaczenie zawodowe, ale odkąd poznałem to narzędzie, to nie ma już dla mnie odwrotu. Taki rodzaj myślenia to jedno z najpożyteczniejszych brandingowych rozwiązań. W marketingu od dawna nie chodzi jedynie o zaspokajanie prozaicznych potrzeb. Często to dzięki nim stajemy się tym, kim chcemy być. Zawodowcy, którzy je tworzą, powinni o tym pamiętać.

 

Masz niespotykaną wśród wykładowców pasję  – jeździsz na deskorolce

Tak, zacząłem w 2000 roku, czyli przed wyjściem na rynek gry Tony Hawk II. Staram się jeździć kilka razy w tygodniu, ale częstotliwość nie przekłada się na osiągnięcia. Utrzymuję stały poziom od kilkunastu lat. To nie zmienia faktu, że wciąż mam zajawę. I tak ma być.

 

 

Współzałożycielka. Absolwentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej. Żeńska wersja Piotrusia Pana. Miłośniczka książek, w szczególności kryminałów i fantastyki. Woli się spóźnić, ale dokończyć ostatnie minuty serialu. Jest jak chihuahua - mała i głośna. Kocha herbatę w każdej postaci i na okrągło mogłaby jeść sushi. Interesuje się polityką, a przyszłość wiąże z dziennikarstwem.
0