Dokąd teraz?

Większość moich szeroko pojętych „gdybań“ opiera się na wyobrażaniu sobie siebie w miejscach, w których mogłabym być. Na samym dnie szafki mojego biurka stoi słoik opatrzony koślawym napisem „Dokąd teraz?“,do którego sukcesywnie wrzucam część mojej wypłaty albo – w tragicznych finansowo momentach – drobne z napiwków. Moja skrzynka mailowa codziennie pęka w szwach od podróżniczych newsletterów oferujących mi tanie loty na Bahamy albo Islandię. Dlaczego prawie wszystkie przyjemne wspomnienia, które posiadam, dotyczą miejsc innych niż to, w którym teraz jestem? Jakiego rodzaju wola kieruje mną, kiedy wolę kupić tani bilet samolotowy niż kwiecistą bluzkę z Zary, która śni mi się po nocach?

 

Nie będę odkrywcza – temat podróży zdaje się być wyczerpany, przemielony przez kserokopiarkę niezliczoną ilość razy, poruszany na łamach każdego rodzaju gazety, od męskich poradników z hantlami na okładce po nieśmiertelną „Przyjaciółkę“. Szczęśliwie jednak okazuje się, że to prawdziwa studnia bez dna.

 

Od czasów szkolnego elementarza na każdym etapie edukacji snuje się za nami widmo stwierdzenia „podróże kształcą“. Bzdura. Podróże kształcą nas tylko wtedy, kiedy sami decydujemy się wyjść poza ramy schematów. Jako zapalona zwolenniczka ekspedycji jestem dość sceptycznie nastawiona do powszechnie uwielbianych wakacji all inclusive. Z drugiej strony, kto z nas nigdy nie uległ ofertom firm zapewniających dziesięciodniowy pobyt w hotelu opakowany w błyszczące wstążki gorących plaż i raf koralowych? Sama próbowałam tego kilka razy – za każdym razem towarzyszyło mi poczucie dyskomfortu, z którym nie potrafiłam się uporać. Bo pomimo pięciogodzinnego lotu wciąż czułam się, jakbym nie opuściła swojego kraju. Bo wciąż byłam otoczona ludźmi tej samej nacji, bo widziałam tę samą jajecznicę na bufetowych talerzach, bo podczas wieczornych dyskotek mogłam słuchać smętnych przebojów Krzysztofa Krawczyka lub – o zgrozo – nieśmiertelnych hitów tak znienawidzonego przeze mnie disco polo. I tak oto, wobec narastającego we mnie niezrozumienia, przez myśl przemknęło mi pewne stwierdzenie – budowanie polskich, niemieckich czy amerykańskich kurortów na tunezyjskich pustyniach ma w gruncie rzeczy jeden cel: zapewnienie nam wszystkim poczucia niezmienności i swojskości. Być może wynika to ze strachu, a być może z niechęci do tego, co nowe, obce i „nie-nasze“. 

 

Jestem wielką entuzjastką zmian i wychodzenia poza własną strefę komfortu. I choć czasem jest to diabelnie trudne, za każdym razem po powrocie zza granicy wracam z przekonaniem, że to właśnie o zmianę tu chodzi. Zwalczając w sobie permanentne przerażenie dotyczące bariery językowej, odmiennych zwyczajów, czy – w ekstremalnych anglosaskich przypadkach – lewostronnego ruchu, podróże dają nam możliwość rozsmakowania się w inności, a ta z kolei może doprowadzić nas do spojrzenia na swoje życie z odmiennej perspektywy, której tak często nam brakuje.

 

Podróżowanie wiąże się z ujmującą niepewnością. Ujmującą, ponieważ niepewność sama w sobie zakłada eksplorację nas samych. I choć w przebywanych przez nas rozmaitych wojażach istnieje element ucieczki, jest on w gruncie rzeczy niezmiernie potrzebny. Podróżowanie, szczególnie samotne, wystawia nas na wiele prób, a naszym zadaniem jest im sprostać. Poleganie na samym sobie, nieuchronne poznawanie nowych osób, radzenie sobie w nieznanych sytuacjach – wszystko to wiąże się ze stopniowym nabieraniem dystansu do własnej osoby, ponownej ewaluacji naszych przekonań. 

 

Mimo, że sama istota podróży zazwyczaj kojarzy się z samymi superlatywami, warto wspomnieć, że lista trudności, z którymi możemy się spotkać, jest całkiem rozbudowana. Trudno przejść obojętnie obok tandetnych ogólników lansowanych przez media społecznościowe („pięć najlepszych klubów na Ibizie“, „jak skutecznie poderwać przystojnego Latynosa“) i nie poczuć w sobie podróżniczego zewu. Jednak napierające na mnie poczucie obowiązku zmusza mnie do zaznaczenia, że podczas zagranicznych wypadów wiele rzeczy może pójść nie tak. Może to kradzież torebki na barcelońskiej La Rambli, może zagubiona walizka na lotnisku w San Francisco, albo może nagły atak paniki spowodowany niezrozumieniem bełkotu londyńskiego taksówkarza – nigdy nie powinniśmy hodować w sobie niezachwianej niepewności, że wszystko pójdzie jak z płatka. Ale przecież, w najgruntowniejszym gruncie rzeczy, takie trudności też nie dzieją się bez przyczyny. Los co rusz podsuwa nam pod nos kolejne wyzwania, a duma, której doświadczamy po sprostaniu wszelkim przeciwnościom, jest warta sto razy więcej niż olimpijskie złoto albo puchar Turnieju Trójmagicznego (powiedzcie mi, że się nie mylę).

 

Jasne, we Francji ciężko będzie nam o porcję polskiego bigosu, portugalska telewizja z pewnością nie nadaje „Dzień dobry TVN“, a w chorwackim sklepie ciężko będzie o mrożone pierogi z truskawkami. Ale to dobrze. W końcu hiszpańska paella doprawiona zachwytem na widok madryckich ulic i obco brzmiącym gwarem smakuje co najmniej tak dobrze, jak wigilijna ryba po grecku (o, ironio!).

 

 

Zastępczyni redaktor naczelnej. Studentka drugiego roku psychologii zainteresowana głównie domeną kliniczną. Pasjonatka wszelkiego rodzaju literatury i miłośniczka filmów. Chciałaby wierzyć, że ludzie są w porządku. Nieustannie podejmuje próby pisarskie i reżyserskie. Płacze, oglądając reklamy Allegro, a kiedy się śmieje, zakrywa usta dłonią. Gdyby jednak miała powiedzieć coś o sobie, okazałoby się pewnie, że przychodzi jej to z niemałą trudnością.
2
  • Teresa Pietruska

    Gratuluję dobrego tekstu TPM

    • Pola Koba

      bardzo, bardzo dziękuję!

  • Marzena Blank

    No to dokad teraz Pola? Czytalam Twoje tekst mam *Kopfkino*{niewiem czy taki wyraz/ stwierdzenie wystepuje w jezyku polskim}. Az mnie zzera z ciekawosci dokad teraz powiedzie Cie fantazja ( ale nie ta kliniczna)

    • Pola Koba

      fantazja zżera mnie ciągle, oby tylko udało mi się ją dalej przelewać na papier 🙂