dr Jarosław Kulbat

Jeden z najbardziej lubianych wykładowców naszego Uniwersytetu. Konsultant, trener i psycholog społeczny. Dr Jarosław Kulbat opowiedział mi o wyzwaniach, jakie stawia przed nim działalność akademicka, rozterkach widza The Walking Dead, swoim miejscu w blogosferze oraz naszej technologicznej przyszłości.

 

 

Podczas wykładów zdarzyło się Panu wspomnieć o introwertycznych cechach Pana charakteru. Skąd w takim razie taki wybór ścieżki zawodowej? 

Doświadczając wyzwań związanych z pracą, dość szybko połapałem się, że mogę mieć pewien „introwertyczny rys”. Nie mam jednak co do niego pewności, ponieważ nikt mnie nigdy w tym kierunku nie diagnozował. W pracy z ludźmi trzeba zdawać sobie sprawę, że ma on charakter na tyle uniwersalny, że manifestuje się w różnych aspektach funkcjonowania psychologicznego. Na te kwestie otworzyła mi oczy popularna książka „Ciszej proszę” Susan Cain. Dla każdego, kto podejrzewa u siebie tę cechę, to powinna być lektura obowiązkowa. 

Wybór ścieżki zawodowej był z kolei wyborem podyktowanym moimi zainteresowaniami i dokonując go, kluczowe znaczenie miały dla mnie badania i nauka. Zajęcia ze studentami jawiły się jako dodatek, który trzeba było zaakceptować i który można było „znieść”. Lata doświadczeń pozwoliły mi opanować techniki zarządzania stresem, regenerowania się po publicznych wystąpieniach, jednak wciąż sporo mnie kosztuje prowadzenie zajęć, zwłaszcza kiedy audytorium jest liczne. 

 

Studenci zapisują sobie Pana błyskotliwe żarty na marginesach zeszytów. Mówią też, że starają się nie omijać Pana wykładów. Jaki jest przepis na udane zajęcia?

Kilka lat temu Uniwersytet SWPS zaproponował mi prowadzenie wykładów dla studentów doktoranckich w zakresie komunikowania wyników badań. Zastanawiałem się, o czym powinienem im opowiedzieć i dotarło do mnie, że tak naprawdę, to ja nie ogarniam tego mojego stylu. Punktem wyjścia podczas wykładów i zajęć są moim zdaniem teorie, które możemy weryfikować dzięki wynikom badań. Jestem psychologiem społecznym i poza działalnością akademicką intensywnie udzielam się w kontekście biznesowym. Jestem więc w stanie osadzić wiedzę, o której mówię, w pewnych anegdotach z życia wziętych. I może to jest elementem mojej strategii. Zadęcie i oczekiwania wobec psychologów, które towarzyszą popularyzacji psychologii, nie są moim zdaniem dobre. Żeby tę atmosferę rozluźnić, uciekam w żart, który jest też chwytem retorycznym – czasem rozbraja widownię. Ale nie wiem, czy jestem mistrzem żartu… Być może tego szczególnego. 

 

Czym interesuje się Pan w życiu prywatnym?

To dobre pytanie. Ostatnio zastanawiałem się nad swoimi pasjami i zawahałem się. Nie sklejam modeli, nie jestem też typem survivalowca… Przyszło mi więc do głowy, i to trochę niepokojąca odpowiedź, że moją pasją jest praca, bo ekscytuje mnie to, co robię. Lubię naukę, ale nie tę przez duże „n”. Po prostu lubię przyswajać wiedzę. Specyfika projektów, w które się angażuję, bardzo często jest zróżnicowana tematycznie. W praktyce bycie konsultantem psychologicznym oznacza wejście w świat, w którym chce się wprowadzić zmianę. Jeśli obserwujemy, jak ludzie zachowują się w kolejkach, to trzeba zbliżyć się do tych sklepów, a to okazja, by nauczyć się czegoś nowego. To sprawia mi wielką frajdę. Z oczywistych względów sporo czytam, choć trudno uznać to za pasję, bo to element mojej pracy. Na czytniku mam jednak oprócz lektur naukowych parę powieści. Poza tym lubię filmy, ale nie powiem, że dobre, bo nie jestem typem snoba filmowego.

 

Jakie filmy najczęściej zdarza się Panu oglądać? 

Może wstyd się przyznać, ale lubię horrory. Ta inklinacja narodziła się kilkanaście lat temu, kiedy obejrzałem te z pierwszej 50. najlepiej ocenionych. Później nie było co oglądać i po kolejnych dwóch takich pięćdziesiątkach doszedłem już chyba do filmów klasy Z. Jestem entuzjastą filmów o nieumarłych. Sama wizja żywych trupów ekscytuje mnie pod względami poznawczymi. W „Walking Dead” intryguje mnie świat, który autorzy konstruują na gruzach apokalipsy. Ciekawi mnie też, jak to jest, że ci goście, którzy masowo eksterminują nieumarłych, nie używają tłumików, choć jednocześnie wiedzą, że hałas to coś, co ich przyciąga. Z wielką uwagą obserwuję bohaterów tych seriali pod kątem tego, jak nieracjonalne są często ich zachowania. To taki metapoziom analizy seriali. Dość szczególnym jestem oglądaczem, ale absolutnie nie ekspertem. 

 

Posiadana wiedza pozwala więc jedynie dostrzegać więcej, czy zdarza się również, że przeszkadza Panu w życiu codziennym?

Jeśli w codziennym życiu chciałbym posługiwać się tym, co wiem z zakresu psychologii, to nie byłbym w stanie normalnie funkcjonować. Moja historia akademicka szła w kierunku wpływu społecznego, dlatego czasem ludzie pytają mnie, czy jestem szczególnie skuteczny w wywieraniu wpływu lub czy jestem na niego odporny. Nie jest tak. Kiedy coś w sytuacjach życiowych pójdzie nie tak, to zastanawiając się nad tym z perspektywy czasu, odwołuję się do wiedzy psychologicznej. Z czasem przychodzi jednak namysł, jak dokładnie odzwierciedla ona to, co dzieje się w człowieku lub poza nim. Na co dzień doświadczenie zawodowe wyostrza zmysły. Patrzę na to, co się wokół mnie dzieje jak zwykły człowiek, ale używam innego aparatu pamięciowego, żeby opisywać to, co widzę. To nie komplikuje życia, a jedynie oznacza, że moja wiedza jest inaczej zorganizowania niż u osoby, dla której punktem odniesienia jest mądrość ludowa lub własne doświadczenia i refleksje. Mnie na pewnym poziomie trudno jest już różnicować, które poglądy są moje, a które są odzwierciedleniem teorii psychologicznych. 

 

Czy w życiu towarzyskim psychologowie często postrzegani są przez znajomych jako osoby, które potencjalnie mogłyby znaleźć rozwiązanie dla ich problemów? 

Być może tak jest. Ja jednak mam ten komfort, że grono moich najbliższych przyjaciół to osoby, które znam od podstawówki. W odniesieniu do Pani pytania ma to poważną implikację związaną z tym, że znają mnie z czasów, gdy nie byłem jeszcze psychologiem. Myślę, że moja rola w tej grupie ewoluowała, ale więcej widzę w tym zmian związanych z dorastaniem, dorosłością i wyzwaniami życia codziennego niż z tym, jakie studia kończyłem. Kiedy spotykam nowych ludzi i dowiadują się, kim jestem z zawodu, to zapada cisza. Czasem pojawi się nieśmiałe pytanie: „To teraz mnie pan analizuje…?”. Prof. Doliński opisał to jako efekt ruskiej zimy. Od jakiegoś czasu, żeby oszczędzić sobie tego rodzaju wyzwań towarzyskich, na pytanie kim jestem, odpowiadam, że jestem nauczycielem.

 

Jakiś czas temu założył Pan również bloga. Skąd wziął się ten pomysł i jaką przyszłość widzi Pan dla siebie na tym polu?

Powiem szczerze, że wątłą. (śmiech) Pomysł narodził się z projektu edukacyjnego. Chciałem, aby studenci w formie postów na blogu pisali krótkie teksty popularnonaukowe bazujące nie na potocznej czy zdroworozsądkowej psychologii, ale opartej na konkretnym badaniu. Z projektu nic nie wyszło z powodów organizacyjnych. Idea jednak powstała, bloga założyłem, więc zacząłem te wpisy wrzucać. Początkowo sprawiało mi to frajdę, dostawałem też sporo informacji zwrotnych od czytelników, że to fajny projekt. Żeby pisać bloga, trzeba mieć na niego czas, a mi ciężko było go wygospodarować. Kiedy pyta Pani o przyszłość, to wprawia mnie to pytanie w lekką konfuzję, bo z jednej strony bym chciał, a z drugiej boję się, że nie jestem w stanie zaangażować się tak, jak sądzę, że powinienem. 

 

Na jakich stronach zdarza się Panu śledzić artykuły?

Psychologia-spoleczna.pl, której redaktorem jest Jarek Świątek – absolwent Uniwersytetu SWPS. Ich teksty są niezłe, podobają mi się. Jest także strona badania.net, na której z kolei udzielają się studenci i absolwenci z wybrzeża. Świetnego bloga prowadzi na przykład Adam Grant, bo w USA działalność blogerska bardzo często staje się udziałem wybitnych przedstawicieli nauki. Jeśli się rozejrzeć, to trochę tego jest – są portale psychologiczne, ale są też artykuły rozproszone po różnych stronach o innej tematyce. Tutaj jednak pojawia się problem z oceną wiarygodności tych materiałów.

 

Czego Pana zdaniem brakuje portalom poświęconym psychologii?

Jeśli ktoś ma pytanie i w internecie znajduje odpowiedź, która jest zgodna z jego oczekiwaniami, to często bezkrytycznie ją przyjmuje. Nie doszukuje się backgroundu empirycznego, który dla mnie ma znaczenie kluczowe. Szamani samorozwoju lansują go jako jedną ścieżkę – rozwiązanie dobre dla każdego i w każdej sytuacji. „Przemyślenia pana Henia, wnioski kury nioski”, cytując jeden z trójkowych kabaretów. Ludzie w ten sposób nie funkcjonują, nie ma jednego wyjścia dla wszystkich. Krytyczna ocena tych materiałów może być więc stosunkowo dość trudna dla osoby nieprzygotowanej w zakresie metodologii badań społecznych. Dlatego właśnie, w moim przekonaniu, tak ważne są poważne blogi popularyzatorskie. Psychologia społeczna, którą się zajmuję, bardzo często szuka odpowiedzi na takie praktyczne, życiowe pytania.

 

Jest Pan użytkownikiem wearables – tzw. noszonej elektroniki. Dlaczego zdecydował się Pan na ten zakup?

Bo jestem gadżeciarzem. Interesują mnie nowe technologie, ale filozofię oficjalną mam taką, że skoro o tym uczę, to muszę wiedzieć, co mówię. Jest też powód osobisty – fitness tracker to urządzenie pozwalające monitorować aktywność. W pewnym wieku jej poziom zaczyna mieć znaczenie dla rozmaitych aspektów funkcjonowania psychologicznego, ale też fizjologicznego. Kiedy otrzymuję sygnał: „Chodzisz mniej”, „Poruszasz się wolniej”, to jest to informacja, która mnie motywuje, żeby robić więcej dla swojego zdrowia. Poza tym opaska nie wygląda szczególnie źle. 

 

Czy jest Pan w takim razie zadowolony z tej technologii?

Etap entuzjazmu już minął, bo używam jej już od dwóch lat. Teraz dostrzegam w niej potencjalne zagrożenia. Nie mam na przykład ekskluzywnego dostępu do danych z tego urządzenia, bo mają je też osoby, które wyprodukowały fitness trackera i aplikację, jaka nim zarządza. Jeśli ktoś zhakowałby serwer, zyskałby informacje o moim stylu życia i stanie mojego zdrowia. Zastanawiam się więc, czy chciałbym, aby zostały one upowszechnione. Żeby ktoś, np. firma ubezpieczeniowa lub bank, miał informację o tym, w jakiej jestem formie. Dlatego jestem na etapie nie tyle kontestowania, ile uświadomienia sobie, jaki wpływ te urządzenia będą miały na nasze życie. 

 

Jaka przyszłość czeka Pana zdaniem naszą technologiczną codzienność?

Obserwuję tę rewolucję jako użytkownik i zdaję sobie sprawę, jak nagłe i zaskakujące zmiany mogą namieszać. 15 lat temu nie było na przykład Facebooka i dziś ciężko sobie to wyobrazić. Pojawiają się urządzenia, które pozwalają zanurzyć ludzi w wirtualnej rzeczywistości. Wiele obiecywano sobie po projekcie Google Glass, ale nie wypalił. Łaska klientów na pstrym koniu jeździ. Malowniczo możemy nazwać tego konia „User Experience”. Po drugiej stronie rozwoju technologicznego jest zawsze użytkownik, który ma pewne obawy i lęki. Nie jestem w stanie przewidzieć tego, jak będzie, ale idąc tropem klasycznej anegdoty – będzie tak samo, tyle że bardziej.

 

Zachęcamy do obserwowania profilu dr Kulbata na Facebooku.

 

 

Współzałożycielka i redaktor naczelna. Element kolektywu twórczego Be frank. Absolwentka dziennikarstwa i studentka Kreowania mediów. W myśl zasady "przez żołądek do serca" nigdy nie uśmiecha się szerzej, niż na widok ciepłego posiłku. Miłośniczka anielskich brzmień Florence + The Machine i wierna kolekcjonerka albumów ze zdjęciami. Urodzona z plannerem obserwatorka i spoiwo projektów. Najpierw myśli, później mówi i jak mrówka udźwignie więcej, niż sama waży.
0