Jarosław Kuźniar

rys. Marcin Treichel

To czasy, kiedy trzeba się przerzucać między formami i nie ma złotego środka na połączenie ich ze sobą. Jest zdrowy rozsądek. Nie da się już pisać tylko do szuflady, trzeba mierzyć się z opinią swoich odbiorców. Musisz być tam, gdzie są twoi widzowie. Jeśli są na Facebooku i na Twitterze, to musisz tam być. To twoja robota. 

 

Jakie wyzwania postawiła przed Panem zmiana oswojonego środowiska na pracę w telewizji śniadaniowej?

 Robiąc program sam, rozpędzony do dwustu kilometrów na godzinę nagle musiałem się zatrzymać. Przyzwyczaić się do tego, że ktoś stoi obok. Tego, że trzeba podzielić się pomysłem i czasem antenowym. Ciągle się uczę, że w jednych rozmowach muszę się wycofać, a w innych wyeksponować.  

 

Jak wyglądały Pana poranki, kiedy prowadził Pan „Wstajesz i wiesz”?

 O 5:35 wjeżdżałem na parking i biegłem do garderoby, a o 5:42 już powinienem z niej wychodzić. O 5:45 robiono mi makijaż, osiem minut później chwytałem tablet i wchodziłem do studia, gdzie zakładano mi odsłuch. O 5:55 już byliśmy na antenie. Miałem to precyzyjnie wyliczone, więc jeśli po drodze ochroniarz miał ochotę porozmawiać, to w głowie miałem tylko jedną myśl: „Jak stracę minutę to będzie dupa”. 

 

Co było dla Pana największym zaskoczeniem po przejściu do „Dzień Dobry TVN”?

 „Wstajesz i wiesz” też było nadawane do śniadania. Dlatego najbardziej zdziwiło mnie niesłuszne myślenie, że odbiorca telewizji śniadaniowej jest głupszy tylko dlatego, że nie pokazuje się w niej non stop zamachów terrorystycznych, a rozmawia o waginoplastyce albo się gotuje. W Stanach określenie „Morning show” ma pozytywny wydźwięk. My sami wstając rano sprawdzamy przecież nie tylko wiadomości ze świata, ale też showbiznesu. Po wielokroć w TVN24 widzieliśmy jednak, że widz obserwujący wiadomości ze świata za chwilę może chcieć obejrzeć informacje o tym, że warto zażywać witaminę D. 

 

Jak dziś wygląda Pana poranny rytuał?

Kładę się około pierwszej i zaczynam budzić o 5:30. Pierwsza drzemka, 5:45 – druga drzemka, 5:55 – kolejna, i już o szóstej fajnie by było wstać. Załatwiam wszystkie czynności social mediowe. Sprawdzam kto, gdzie i o czym pisze. Piszę tweeta na toalecie, a myjąc głowę myślę o następnym.

 

Jak wyglądają przygotowania do tego, co widzimy na ekranie?

Redakcja to bardzo płynny mechanizm. Ktoś układa kwiatki, ktoś włącza kuchenkę, a gdzieś tam jeszcze pan reperuje światło. Jest taki kontrolowany rozgardiasz, którego pilnuje flow manager – kierownik planu. Nagle z tego małego chaosu płynnie znajdujemy się na antenie.

 

Jak to się dzieje, że do programu zaprasza się takie, a nie inne osoby?

Mamy świadomość, że nie jesteśmy jedynym programem, więc może zdarzyć się, że ktoś wystąpił już u konkurencji wczoraj albo będzie jutro. Ważne, by był to ktoś przygotowany na to, że kiedy usiądzie na kanapie z trzema innymi osobami, czas antenowy pozwoli mu na wypowiedzenie jednego zdania. W świetle całej rozmowy to będzie fajny element dla sprawy i dla widza.

 

Jakiej wiedzy na zajęciach z dziennikarstwa, brakowało Panu na studiach? 

Dziennikarstwa nie można się uczyć w samej teorii. To trzeba robić. Nie wyobrażam sobie mówienia o tym, jak wygląda redakcja, bez przedstawienia jej od środka. Podobnie jest z opowiadaniem o możliwościach pokazania się publicznie. Nie wystarczy o tym słuchać, trzeba nauczyć się w praktyce nadawać live. Jeśli zobaczycie coś od wewnątrz, łatwiej będzie Wam zdecydować, czy to miejsce dla Was. Dlatego odezwałem się do Uniwersytetu SWPS i zaproponowałem współpracę. To fajne, kiedy po drugiej stronie grupa angażuje się i słucha, bawi się i wykorzystuje moją wiedzę poprzez dialog, a nie monolog wykładowcy. 

 

 

Ola, nie Aleksandra. Współzałożycielka i była zastępczyni redaktor naczelnej. Studentka Komunikacji i mediów. Zakochana w kawie i uzależniona od słońca. Nieznośna, kiedy "burczy jej w głowie" i brzuchu. Konkretna, uparta, chwilami zbyt rozważna. Uważa, że każdy ma coś genialnego do opowiedzenia. Wystarczy zapytać.
0