Miło jest być miłym

Podróże jak materia

Podczas każdej podróży jest mi niezmiernie trudno dzielić się z kimś moimi spostrzeżeniami. Nie lubię recenzować ani mówić o czymś z nadmiernym zachwytem, wyciągać wniosków na temat tego, jak gdzieś się żyje – bo wiem, że wszystko, co opowiadam, okraszone jest dozą nieznośnego subiektywizmu, który towarzyszy mi zawsze i wszędzie. Być może nie ma w nim nic złego – w końcu to on pozwala nam na tworzenie historii tak różnorodnych i barwnych, że nawet opis jednej skarpetki może zaistnieć w kilku miliardach odmian. Podróże są materią znacznie bardziej delikatną niż garderoba. Świadomość owej delikatności zmusza mnie do ujęcia tematu w sposób maksymalnie ostrożny, bo ciągle zadaję sobie pytanie:

Pola, czy potrafisz powiedzieć coś konkretnego o danym kraju, przebywając w nim niespełna trzy tygodnie?

Mojemu wyjazdowi do Kanady towarzyszył szereg zawirowań i zmian planów, co, zważywszy na moje raczej pragmatyczne podejście do życia, było dla mnie zadziwiające. W dniu wylotu przeżyłam więc półgodzinne opóźnienie samolotu startującego z Warszawy, strajk na lotnisku w Brukseli, dwukrotne przeszukiwanie moich rzeczy przez policję i milion pytań typu: „czy Pani na pewno przyleciała tutaj tylko na wakacje, bo nie jestem do końca przekonany/a?. Opuściłam lotnisko po trzech godzinach, wypełniwszy uprzednio formularz o zagubionym bagażu, z nadzieją, że moja walizka nie zaginęła bezpowrotnie. I choć z całych sił starałam się być dzielna, miałam ochotę wrócić do domu i wydać tak skrupulatnie oszczędzone pieniądze na ubrania i magazyny o ogrodnictwie. Do dziś gratuluję sobie, że się nie poddałam.

 

Fot. Pola Koba

 

Jak w najprostszych zdaniach opisać Toronto?

Nie wiem. Są wysokie wieżowce w financial district, jest muzeum historii naturalnej i sztuki współczesnej, wielkie jezioro, Chinatown, ulice kin studyjnych, przedmieścia domków jednorodzinnych bez wysokich ogrodzeń. Ale przede wszystkim są ludzie, którzy nieustannie wprawiają mnie w stan osłupienia, czyli główny powód moich zagranicznych wojaży i nieudolnego machania szabelką, żeby pokazać, że się nie boję. Na co dzień żyję w kraju, w którym łatwo jest się zezłościć, a we wzajemnym podnoszeniu sobie ciśnienia jesteśmy mistrzami świata. Jadąc tramwajem o poranku, zazwyczaj spotykam ludzi, których twarze wyrażają odpowiednio od zrezygnowania po głęboko zakorzenioną irytację. Panie w osiedlowych sklepach najchętniej zapytałyby mnie o dowód osobisty przy kupowaniu czekoladek z likierem, a wszystkie moje próby podejmowania konwersacji w sposób raczej żartobliwy są gorąco tępione.

Small-talk w Kanadzie

Tymczasem w Kanadzie bycie miłym dla siebie ma charakter absolutnie bezwysiłkowy. Powiedzenie „Hi, how’s your day?” albo „Great, have a good one” jest tak naturalne, jak poranne mycie zębów. Przez kilka pierwszych dni potrzebowałam chwili, żeby zebrać się w sobie i odpowiedzieć, że super, dziękuję, miłego dnia. Dotychczas sama z siebie unikałam zadawania pytań typu: „Jak się Pan/Pani ma?”, będąc święcie przeświadczoną, że w odpowiedzi usłyszę, jak ciężkie jest życie z permanentnym bólem głowy i kredytem hipotecznym. Z drugiej strony jednak żyłam w przekonaniu, że tak dumnie promowana północnoamerykańska uprzejmość we wszystkich serialach i talk-showach jest przerysowana, wyolbrzymiona i wynaturzona, ale tym razem mój nabyty sceptycyzm okazał się błędnym. Nawet nie macie pojęcia, jak bardzo mnie dziwiło całe to spoglądanie na siebie przychylnym okiem, tolerowanie wszelakich odstępstw od normy, obracanie się w kręgu wszystkich narodowości świata. To są aspekty, których tak brakowało mi w moim kraju, tam okazał się stanowić esencję moich potrzeb. Przebywanie w mieście pełnym kontrastów, ale tych dobrych, szanujących każdą rasę, orientację seksualną i wyznanie, w pełni wynagrodziło całą gehennę mojej prawie siedemnastogodzinnej podróży i rozgotowanych brokułów podanych na pokładzie samolotu jako sałatka.

 

Fot. Pola Koba

Nie mogłam nasycić się tym pięknym stanem, który towarzyszył mi przez cały pobyt w Toronto. Nie wiedziałam, co zrobić z tymi dobrymi rzeczami, którymi tak szczodrze zostałam obdarowana. Nic więc dziwnego, że powrót do Polski okazał się dla mnie najtrudniejszy. Stawałam na głowie, usiłując przypominać sobie, że znowu muszę być tu, a nie tam. Niełatwo było mi zaakceptować starą normalność, a tę nabytą traktować jak nowe trofeum, które postawię na szafce i odkurzę raz na tydzień. Próbuję prowadzić polski small-talk i choć czasem moje starania okazują się kompletnie bezowocne, jeszcze się nie poddałam. Dlaczego? Nie wiem. Może po prostu miło jest być miłym.

 

 

Zastępczyni redaktor naczelnej. Studentka drugiego roku psychologii zainteresowana głównie domeną kliniczną. Pasjonatka wszelkiego rodzaju literatury i miłośniczka filmów. Chciałaby wierzyć, że ludzie są w porządku. Nieustannie podejmuje próby pisarskie i reżyserskie. Płacze, oglądając reklamy Allegro, a kiedy się śmieje, zakrywa usta dłonią. Gdyby jednak miała powiedzieć coś o sobie, okazałoby się pewnie, że przychodzi jej to z niemałą trudnością.
3