Muzyka dziurawi niebo

Dajmy się na chwilę ponieść własnej fantazji. Wejdźmy na chwilę w skórę pewnej kobiety, która na co dzień ubiera się tylko w czerwone sukienki i buty na wysokim obcasie. Czas, start!

Wychodzę z domu, w pośpiechu zamykając za sobą drzwi. Prawie łamię obcas, schodząc po schodach. Ale to nic, jakoś udaje mi się złapać równowagę. Oddycham więc z ulgą. Następnie również w pośpiechu szukam na dnie torebki swojej ulubionej zapalniczki z czarnym kotem, by odpalić czym prędzej czerwone Marlboro. Przez to całe zamieszanie wylewam odrobinę kawy na swoją nową sukienkę. Czuję frustrację i silny gniew spowodowany złośliwością rzeczy martwych (tak naprawdę własnym roztargnieniem, ale csiii…). Ta złość wyprowadza mnie z wewnętrznej równowagi. Nagle jednak na rogu ulicy do moich uszu dobija się melodia, tych parę nut, które w połączeniu dają ukojenie najwrażliwszym cząstkom mojej duszy. „Skąd ja to znam? Czy to nie piosenka, do której tańczyłam na swoim weselu?”.

Widzę pewnego starszego pana w kapeluszu, który z zamiłowaniem, gra oktawa po oktawie ,,Fields of gold” Stinga. Zatrzymuję się więc na chwilę, a rzadko zdarza mi się poświęcić choćby krótki moment wyłącznie na słuchanie muzyki. Stoję jak słup soli i słyszę każdy dźwięk, pozwalając, by płynnie dostawał się on wraz z krwią do mojego serca. Budzą się ospałe wspomnienia, na nowo rodzą się dawno schowane do szafy emocje.

To dla nich żyjemy, więc czy dzięki tej krótkiej, odrobinę nostalgicznej melodii, nasz dzień nie może stać się barwniejszy?

 

 

fot. Alicja Regiewicz

Buskersi, czyli uliczni grajkowie

Co tak naprawdę możemy o nich powiedzieć? Znajdują się pod niewidzialną peleryną, dopóki nie poruszą naszych serc. Muszą nas czymś zaintrygować. Zaciekawić i sprawić, że w codziennym biegu zatrzymamy się i w podzięce za tę chwilową pogodę ducha, wrzucimy do ich futerałów parę monet.

Z autopsji wiem, jak dużej odwagi wymaga wyjście ze swoją twórczością na ulicę. ULICA potrafi być bezwzględna i jeśli zechce, to nie oszczędzi nam krytycyzmu. To nasz najbardziej surowy sędzia. Lęk przed zgnieceniem podeszwą buta naszej twórczości jest przecież ogromny. Obnażamy się z naszego artyzmu i wydaje nam się, że w tym momencie cały świat będzie spoglądał tylko na nas. Oczywiście przez różowe okulary. Powinniśmy jednak mieć świadomość, że nasze audytorium w większości prawdopodobnie nas zignoruje. Trzeba się przygotować na to uczucie niewidzialności, co jest ciężkie i bolesne. Nie zawsze ktoś się zatrzyma, nie zawsze coś zarobimy.

Jednak dla pewnych chwil, słów i gestów, takich jak uśmiech dziecka czy dźwięk klaszczących dłoni, warto odważyć się i pokazywać swoją muzykę światu. Mnie uliczne granie uczy przede wszystkim pokory oraz pomaga przełamywać lodowce wewnętrznego strachu. Jeśli chciałbyś więc podzielić się swoją muzyką z innymi ludźmi, wygrzeb ze swojej wewnętrznej skrzyni odrobinę odwagi i spróbuj, bo naprawdę warto.

 

 

fot. Alicja Regiewicz

Jakub Wędzina – człowiek – muzyka, artysta i student pierwszego roku dziennikarstwa na Uniwersytecie SWPS. Porusza serca grą na harmonijce i gitarze oraz swoim intrygującym wokalem. Jego drugą ulubioną sceną jest ulica. To na niej, stawiając czoła słabościom, często prezentuje swoją twórczość. W rozmowie ze mną opowiedział o kulisach gry na tej najbardziej bezwzględnej ze scen.

 

Czy do czapek i futerałów wpadają tylko pieniądze?

J.W.: Jasne, że nie. Mam mnóstwo fantów z ulicy. Dolara, kilka kostek, papierosy. Tony papierosów. Kanapki. Nie odbierałem tego na początku przychylnie, dopiero później zrozumiałem, że ktoś zrobił to z dobrej woli. Raz dostałem też numer telefonu z serduszkiem od Aliny.

Ponoć „wszyscy artyści to prostytutki”. Czy uważasz, że granie na ulicy może być stałym źródłem dochodów?

J.W.: Wszystko jest kwestią podejścia artysty. Dużo zależy od tego, czy profesjonalnie udaje nam się zaprezentować naszą twórczość. Wydaje mi się, że na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi.

Podejście to jedno, a wizerunek drugie?

J.W.: Wszystko ma wpływ. Sposób grania, wygląd, obecność „czapkowego”. Czynników jest mnóstwo.

No właśnie, kim jest „czapkowy” ?

J.W.: To osoba, która pomaga Ci w zbieraniu pieniędzy, kiedy ty spokojnie sobie grasz. „Czapkowy” bierze kapelusz, chusteczkę lub czapkę i zachęca przechodniów do wrzucenia drobnych do środka sloganami w stylu: „Zbieramy na wydanie płyty!”. To kolosalnie wpływa na sumę pieniędzy, jaką udaje nam się uzbierać. Kultura ulicznych grajków wymaga, by podzielić się z „czapkowym” połową zarobionych pieniędzy.

Czy to zachęcanie przechodniów do wrzucania pieniędzy, nie powoduje negatywnego postrzegania ulicznych muzyków? Może to przecież wpłynąć na kojarzenie artysty z żebrakiem.

J.W.: Być może, ale ja patrzę na to z perspektywy muzyka. Bardzo przepraszam, że to powiem, ale ludzie mają głęboko gdzieś to, że grasz. Przechodzą obok, bo my – grajkowie uliczni – jesteśmy niewidzialni jak powietrze. „Czapkowi” wysyłają impulsy, które zatrzymują ludzi w ich codziennym biegu. To wybudza ich ze śpiączki i aktywuje zainteresowanie. Przynajmniej czasami. Ważne jest, czy zależy Ci bardziej na zarobku, czy na samym pokazaniu swojej twórczości innym ludziom. Jeśli tylko na tym drugim, to można odpuścić sobie posiadanie „czapkowego”.

Skupmy się teraz przez chwilę na samej idei ulicznego grania. Co najbardziej Cię w tym pociąga?

J.W.: Na początku była to dla mnie próba przełamania się. Miałem problem, żeby wyjść do ludzi ze swoją muzyką. Rozłożenie futerału i wzięcie do ręki gitary było najtrudniejsze. Później poznałem dokładnie to środowisko i zrozumiałem, że na graniu można również zarobić.

Pośród tych wszystkich ludzi, którzy wrzucają nam monety do futerału, najbardziej zapamiętujemy osoby szczerze zainteresowane. Te, które zatrzymują się i słuchają. Jest ich coraz więcej i więcej, aż w końcu mamy swoje małe audytorium. To balsam dla serca muzyka.

Czy stres jest porównywalny z tym odczuwanym na „prawdziwej” scenie?

J.W.: Jeśli ciągniesz za sobą bagaż muzycznych doświadczeń, to myślę, że największym stresem jest dla ciebie samo rozłożenie sprzętu. Ludzie mierzą nas spojrzeniami, chociaż nie wydobyliśmy jeszcze dźwięków z naszych instrumentów i krtani. To ten punkt kulminacyjny, kiedy wszyscy patrzą na Ciebie jak na żebraka. Zamykam wtedy oczy, jest mi wtedy dużo łatwiej. Potem staję się częścią tłumu.

Kiedy już je otwierasz, z jakim odbiorem twórczości najczęściej się spotykasz? Więcej prychnięć czy uśmiechów?

J.W.: Najczęściej jest to po prostu obojętne przejście obok. Dużo mniejszą część stanowią pozytywne reakcje. Zdarzyły się sytuacje, w których czułem na sobie wrogie spojrzenia. To jednak rzadkość.

Opowiedz mi o swoich najcieplejszych wspomnieniach ulicznego grania, takich, które najmocniej chwyciły Cię za mięsień poprzecznie prążkowany serca.

J.W.: W Międzyzdrojach podeszła do mnie kiedyś mała dziewczynka i śpiewała razem ze mną. Kiedy grałem ze swoim zespołem, ludzie często zaczynali wykonywać z nami utwory. To było niesamowite. Kiedyś graliśmy z zespołem From Chicago to California we Wrocławiu. Podeszła do nas kobieta, dała każdemu z nas po dolarze i powiedziała, że właśnie leci z Chicago do Kalifornii. Miło wspominam też sytuację, kiedy podszedł do mnie chłopak i nie mówiąc zupełnie nic, wziął ode mnie mikrofon i zaczął rapować.

A co podczas występu może najbardziej zaboleć i zmrozić krew w żyłach?

J.W.: Ludzka niewrażliwość na muzykę. Sposobem na to jest odcięcie się od przesyconej ignorancją publiczności, a skupienie się na ludziach, których zaciekawiamy. Przez całe życie mam żal do świata za to, że nikt mnie nie słyszy. Tak samo było na ulicy. Przez jakiś czas byłem też „czapkowym”. Ignorancja to niestety nie wszystko, czego można doświadczyć.

Nie raz podchodziłem do ludzi – schludny i kulturalny, a oni krzyczeli, że jestem żulem. Trzeba wtedy przyjąć zasadę: „Pamiętaj, że robisz to po coś”. Wtedy człowiek się nie poddaje.

Co jeszcze doradziłbyś osobie, która po raz pierwszy chce zagrać na ulicy? Jaki jest złoty dekalog ulicznych grajków?

J.W.: Powiedziałbym jej, żeby zaczynała etapami. Od cichych dźwięków po granie ze wzmacniaczem. Istotne jest uświadomienie sobie, że nikt nie zrobi Ci tam krzywdy. Należy jednak przygotować się na ewentualną krytykę. Dać z siebie wszystko. Wokalnie i instrumentalnie. Ludzie są bardzo wyczuleni na autentyczność. Trzeba również pamiętać, że raczej nikt nie przyjdzie i nie powie Ci, że brzydko grasz. Jeśli jednak coś takiego się wydarzy, uśmiechnij się i graj dalej. Grunt to mocno wierzyć w to, co się robi i być muzyką.

 

 

Studentka pierwszego roku dziennikarstwa. Przedstawicielka bohemy artystycznej i jedna z muz Apollina. Dużo je i dramatyzuje. Lubi uprawiać sens. W wolnych chwilach pisze i na oczach innych słowami dokonuje trepanacji własnej czaszki.
3