O micie pocztówek – rozmowa z Adamem Aniołem
Adam Anioł – Założyciel firmy „Lataj z Aniołem”, organizującej zagraniczne wyprawy na każdą kieszeń. Podróżnik, poszukiwacz przygód, autentycznych przeżyć i momentów. W podróżach najbardziej ceni sobie poznawanie innych ludzi i budowanie wspomnień. Zwolennik patrzenia na świat z nowych perspektyw.

 

Pola: Pierwsza podróż, którą pamiętasz?

Adam: Dawno temu pojechałem z ciocią na wczasy all inclusive to Tunezji. Miałem wtedy dziesięć lat i pamiętam z niej tylko granaty, które serwowali nam na śniadanie i bardzo ładną plażę. Bardziej niż samą podróż zapamiętałem książkę Sapkowskiego, którą wtedy czytałem. To raczej w ogóle nie zmieniło mojego życia.

P: Więc która podróż to zrobiła? 

A: Podróżą, od której wszystko się zaczęło, była ta na Majorkę. Byłem wtedy jakoś w drugiej klasie liceum i z kolegą znaleźliśmy tanie bilety z Poznania. To był dla nas absolutny hit, że było nas na nie stać. Polecieliśmy tam w ciemno na dziesięć dni, kompletnie nieprzygotowani. Spodziewaliśmy się jednej wielkiej imprezy, a okazało się, że w kwietniu nie było tam jeszcze sezonu. Z tamtej podróży zapamiętaliśmy nocne życie i to, że nie wiedzieliśmy, jak dysponować swoimi pieniędzmi. Nie znaliśmy angielskiego, ale próbowaliśmy się jakoś porozumiewać i poznaliśmy wielu ludzi z różnych stron świata. Właśnie wtedy złapałem zajawkę i zobaczyłem, że mogę robić to sam – podróżować i przeżyć. Później zacząłem z przyjacielem układać „oblotówki“, czyli zahaczanie o kilka miejsc w czasie jednego wyjazdu.

P: Do których miejsc najczęściej wracasz pamięcią?

A: Jest ich wiele – Tajlandia, Budapeszt, Rio de Janeiro. Ale wydaje mi się, że nie zawsze chodzi o miejsce, tylko o historię, którą się tam przeżywa i o ludzi, których tam się spotyka. Najbardziej pamiętam moją pierwszą podróż do Rio de Janeiro. Im bliżej wylotu, tym bardziej bałem się tam znaleźć. Na dodatek dwa tygodnie wcześniej oblałem większość egzaminów na Uniwersytecie Ekonomicznym i musiałem pożegnać się z uczelnią. Kiedy powiedziałem o tym wszystkim rodzicom, to zabronili mi lecieć, ale byłem pewny swojej decyzji i jakoś musieli to zaakceptować. Zdarzało mi się włóczyć w nocy po ulicach Copacabany, ale wróciłem cały i zdrowy, z bagażem historii i wspomnień, które w podróżach wyjątkowo cenię.

 

fot. archiwum prywatne

P: Dlaczego to robisz? Co Ciebie w tym pociąga?

A: Lecąc na koniec świata, obojętnie gdzie, jesteś skazany tylko na siebie, nie masz żadnych przyjaciół, zaczynasz od zera. W podróży możesz wyobrazić sobie siebie na nowo, kompletnie odciąć się od świata, który znasz, rzucić się na wielką wodę i zobaczyć, że ludzie będą cię inaczej postrzegać i tym samym zmieniasz opinię na temat własnego siebie. 

Kiedy podróżujesz i śpisz w hostelu w Tajlandii, to ludzie dookoła nagle stają się ważni. Mają swoje historie, są z różnych miejsc na Ziemi i dzięki tej inności stają się atrakcyjni. Opowiadając innym ludziom o swoim świecie nabierałem dystansu do samego siebie, bo patrzyłem na siebie innymi oczami. Gdy podróżujesz możesz się otworzyć, opowiedzieć obcej osobie historię swojego życia. Ludzie tak robią, bo wiedzą, że to spotkanie takie, jak na przystanku autobusowym – później każde z nich pojedzie w inne miejsce i już nigdy się nie spotkają. Wtedy pozwalamy sobie na wyjątkową szczerość, poza tym ludzie wychowani w innej kulturze rzucają nowe światło na nasze problemy, dają nam inną perspektywę. Mają inne rozwiązania.

 

„…żyjąc w jednym miejscu, mamy włączonego autopilota, codziennie robimy te same rzeczy, widzimy tych samych ludzi, mamy jakiś harmonogram. Jadąc w podróż, możesz nie mieć żadnego planu.”

 

P: Nie sądzisz, że to pewien rodzaj ucieczki od tego, co jest tutaj? Sama mam czasem wrażenie, że jeśli gdzieś pojadę, to tam na pewno będzie mi lepiej. A przecież tego nie wiem.

A: Oczywiście, jest to po części eskapizm. Ale wydaje mi się, że to jest potrzebne, bo ludzie rzadko mają możliwość, żeby się kompletnie odciąć. Podczas podróżowania żyjesz innym życiem, trochę jak w „Sekretnym życiu Waltera Mitty“. W pewien sposób uciekasz, ale dajesz sygnał ludziom, że tego potrzebujesz. Choć jednocześnie musisz pamiętać, żeby się w tym nie zatracić. Poznałem bardzo wiele osób, którzy nie kupowali biletu powrotnego, bo byli tak zaangażowani w taki styl życia. Uproszczając: żyjąc w jednym miejscu, mamy włączonego autopilota, codziennie robimy te same rzeczy, widzimy tych samych ludzi, mamy jakiś harmonogram. Jadąc w podróż, możesz nie mieć żadnego planu. Niektórzy ludzie uzależniają się nowych bodźców. W podróży zapominasz często jaki jest dzień tygodnia, potrzebujesz zdecydowanie mniej do szczęścia. Często wystarczy Ci kilka koszulek zamiast całej garderoby. Żyjesz trochę na innych zasadach, ale to też się kończy. Podróżując odpowiednio długo zaczynasz szukać komfortu. Siedzisz na rajskiej wyspie i zaczynasz zdawać sobie sprawę, że w każdym miejscu na świecie dopadnie Cię rutyna. 

P: Mogłabym się pokusić o stwierdzenie, że podróżowanie musi wymagać od ciebie wiele odwagi.

A: Nie nazwałbym tego w ten sposób, choć jasne, że zawsze trzeba konfrontować się ze strachem. Pamiętam, że kiedy przyleciałem do Dubaju, nie miałem gdzie spać, ale na szczęście, udało mi się znaleźć Polkę na couchsurfingu, która załatwiła mi nocleg w pięciogwiazdkowym hotelu. Kiedy byłem sam w Rio, na początku bardzo się bałem.  W autobusie patrzyłem przez szybę i myślałem sobie: “Po cholerę tu przyjechałem?”. Teraz wydaje mi się to śmieszne, bo byłem w Brazylii drugi raz i czułem się zupełnie inaczej. Zawsze starałem się nie myśleć o strachu, skupiać się na czymś innym. Można się przyzwyczaić. Zwłaszcza, że często to my sami tworzymy sobie pewną iluzję niebezpieczeństwa w którą wierzymy. Ostatnio jak zgubiłem się nocą na Zanzibarze i wylądowałem w miejscu, w którym najbliższy turysta albo chociaż osoba mówiąca po angielsku była kilka kilometrów dalej to wydawało mi się, że tłum lokalsów zaraz pozbawi mnie telefonu i portfela. Okazało się jednak, że prawdopodobnie widzieli mój strach i chcieli mi pomóc. Co prawda wciąż jest kilka miejsc, do których bałbym się polecieć sam, ale myślę, że jest ich coraz mniej.

 

 fot. archiwum prywatne

P: To trochę podbudowuje ego…

A: Na pewno, ale trzeba na to spojrzeć z dwóch perspektyw. Po pierwsze, podbudowujesz sam siebie jako osobę. To jest własnie ten reality check: radzisz sobie, poznajesz nowych znajomych, stajesz się bardziej otwartym człowiekiem, chłoniesz inne historie, uczysz się dogadywać i spędzać czas samotnie. Z drugiej strony, to, co robisz jest nieustannie obserwowane przez innych. Wystarczy spojrzeć na media społecznościowe. Podróże są teraz na topie: ludzie, którzy podróżują, są przedstawiani jako bardziej atrakcyjni, kreują swój ulepszony wizerunek. Samo bycie w jakimś miejscu już coś komunikuje. Przez długi czas starałem się od tego odcinać. Nie relacjonowałem swoich podróży w żaden sposób, często opowiadałem o nich zdawkowo. Teraz zacząłem to robić, bo zauważyłem, że od tego zależy liczba zleceń w mojej firmie. Ludzie potrzebują dowodu. Potrzebują zdjęć, filmów, opisów. Ale we wszystkim musi być umiar: chciałbym nie przekroczyć granicy, w której zrobienie zdjęcia jest ważniejsze od bycia w tym miejscu.

P: Często mamy do czynienia z blogerami, którzy lecą gdzieś na dwa dni, śpią w pięciogwiazdkowych hotelach i niczego nie doświadczają. Nie wiem, czy można to nazwać prawdziwym podróżowaniem. 

A: Będąc w pięciogwiazdkowym hotelu, nie przeżywa się pewnych rzeczy. Spójrzmy na Zanzibar. Zazwyczaj turyści tam oczekują w pełnii zorganizowanego wyjazdu. Nie asymilują się z ludźmi, którzy żyją na miejscu. Tworzy się pewnego rodzaju bariera. Miejscowi to czują. Powstaje więc cały światek atrakcji turystycznych, szyty na miarę grubości portfela zachodniego turysty. Przejażdzki na słoniu, ściganie delfinów. Turystyczne pułapki, które sami napędzamy korzystając z tego typu usług. Coraz bardziej wydaje mi się też, że nie ma czegoś takiego jak prawdziwa podróż. W pewnych miejscach np. w Tajladnii często ciężko odróżnić backpackera od masowego turysty. Robią dokładnie te same rzeczy, różni ich tylko hotel w którym nocują. Myślę, że zawsze chodzi o podejście, jakiś szerszy obraz. Czy zależy nam na poznaniu czegoś nowego, próby zrozumienia czegoś obcego czy wystarczy nam pozowanie do pięknego zachodu w tle?

 

„Nie da się nie zakochać w pewnych miejscach i stylach bycia, w tej lekkości i tym, że nie nosisz w sobie żadnego bagażu.”

 

P: Tobie jest chyba daleko od typowego turysty z aparatem i przewodnikiem w ręku.

A: Bardzo cenię sobie przygody, których nie można było zaplanować. Małe rzeczy. Tańczenie w deszczu na rajskiej wyspie, łowienie ryb z rybakami na Zanzibarze. Nie da się nie zakochać w pewnych miejscach i stylach bycia, w tej lekkości i tym, że nie nosisz w sobie żadnego bagażu. Pomijając również wszystkie romantyczne wizje, arcyciekawe są zawsze rozmowy z drugim człowiekiem z końca świata. Kiedy ktoś otwiera się przed Tobą i opowiada jak dane miejsce wygląda naprawdę. Często idealizujemy podróże. Dajemy się wkręcić w mit pocztówek. Myślę, że tylko będąc na miejscu, możemy wyrobić sobie własną opinię, skonfrontować wykreowany wcześniej obraz. I wtedy masz świadomość, że mimo tego, że tańczysz w tym deszczu na tej rajskiej wyspie, to zaledwie pół kilometra od Ciebie piętrzy się całe wysypisko śmieci, które zostawili po sobie właśnie Ci, którzy przyjechali po przeżycia. Wszystko ma swoją cenę i warto patrzeć nieco szerzej na pewne rzeczy.

 

fot. archiwum prywatne

P: Co Cię ostatecznie popchnęło do założenia firmy?

A: Na ostatniej, pięciotygodniowej wyprawie do Azji, wiele osób pisało do mnie, żebym załatwił im jakieś loty czy hotele. W pewnym momencie stwierdziłem, że trzeba zrobić jakiś krok naprzód. Postanowiłem więc wykorzystać swój atut. 

P: Jaki jest Twój następny cel?

A: Za tydzień lecimy ze znajomymi do Tajlandii. Na początku mieliśmy lecieć sporą grupą, ale sporo osób się wykruszyło i lecimy w mniejszym gronie. 

P: Masz jakieś szczególne marzenie? Miejsce, do którego chciałbyś najbardziej pojechać?

A: Marzenia nie mam, ale planuję lot dookoła świata – Warszawa, Dubaj, Filipiny, Australia, Nowa Zelandia, Hawaje, Los Angeles. Chcę to zrealizować od kilku lat. Prędzej czy później na pewno to zrobię.

 

 

 

Studentka drugiego roku psychologii zainteresowana głównie domeną kliniczną. Pasjonatka wszelkiego rodzaju literatury i miłośniczka filmów. Chciałaby wierzyć, że ludzie są w porządku. Nieustannie podejmuje próby pisarskie i reżyserskie. Płacze, oglądając reklamy Allegro, a kiedy się śmieje, zakrywa usta dłonią. Gdyby jednak miała powiedzieć coś o sobie, okazałoby się pewnie, że przychodzi jej to z niemałą trudnością.
1