Prof. dr hab. Maciej Dymkowski

Prof. dr hab. Maciej Dymkowski – z wykształcenia psycholog i socjolog, związany z wrocławskim Uniwersytetem SWPS od 2003 r. Wielki miłośnik historii, o której może rozmawiać bez końca. Pasjonat polityki i otwartych umysłów.

 

Fot. Centrum Prasowe Uniwersytetu SWPS

 

Na początek chciałabym przybliżyć postać Pana Profesora naszym czytelnikom: czy mógłby mi Pan w kilku słowach streścić ścieżkę swojej kariery?

Szumnie powiedziane – kariery (śmiech). Zaczęło się od studiów socjologicznych w Warszawie. Kiedy na nie szedłem, w ogóle nie rozważałem psychologii. Wcześniej długo się namyślałem, czy powinienem iść na historię czy na filozofię, ale w ostatniej chwili przypadkowo przeczytałem książkę (która, jak się potem okazało, była mało wartościowa) i to właśnie ona sprawiła, że poszedłem na studia socjologiczne. Do dzisiaj uważam, że był to dobry wybór.

 

Co w takim razie sprawiło, że zwrócił się Pan w stronę psychologii?

W 1970 roku zacząłem pracować na Politechnice Wrocławskiej – wykładałem tam socjologię pracy.  O mojej przyszłości zadecydował ważny przypadek –  poznałem tam starszych ode mnie psychologów Tomasza Kocowskiego oraz Czesława Nosala i Tadeusza Tyszkę, z którymi zaprzyjaźniłem się. Już wówczas mieli oni spore dokonania naukowe, później zostali wybitnymi profesorami. Niewątpliwie spotkanie z nimi i wpływ, jaki na mnie wywarli, sprawiły, że coraz częściej myślałem o psychologii.

Na Politechnice pracowałem przez następnych dwadzieścia lat. Zainteresowałem się psychologią społeczną, z której zrobiłem doktorat na Uniwersytecie Warszawskim u profesora Stefana Nowaka. Później prowadziłem badania w obszarze samowiedzy i samopoznawania, zajmowałem się tym kolejnych kilkanaście lat.

 

Czego dotyczył Pański doktorat?

Zajmowałem się w nim dynamiką grupową, która teraz, mówiąc szczerze, prawie w ogóle mnie nie interesuje. Z  kolei moja habilitacja dotyczyła – upraszczając – regulacyjnych funkcji samowiedzy. Było to bliższe moim obecnym zainteresowaniom,  zajmowałem się pokrewnymi zagadnieniami aż do lat dziewięćdziesiątych.

Czas pracy na Politechnice Wrocławskiej wspominam bardzo dobrze: spotkałem tam wielu interesujących ludzi, zaangażowałem się także w działania Solidarności.

 

Polityka jest jednym z Pańskich zainteresowań?

Tak. Polityka i historia – są to dwie dziedziny, które mnie interesują, od zawsze bardzo mnie przyciągały. W przeciwieństwie do psychologii, którą odkrywałem kawałek po kawałku.

 

Co działo się po pracy na Politechnice?

Przez kilka lat pracowałem na Uniwersytecie Wrocławskim oraz, później, na Uniwersytecie Opolskim. Pracę w Opolu zaproponował mi profesor Łukaszewski, a potem, razem z całą grupą wykładowców, wróciliśmy do Wrocławia.

 

Kiedy rozpoczął Pan pracę na wrocławskim Uniwersytecie SWPS?

Pracuję tutaj od początku, czyli od 2003 roku.

 

W tym semestrze miałam z Panem zajęcia z Uniwersalności Teorii Psychologicznych. Nie ukrywam, że bardzo zaintrygował mnie temat rozbieżności międzykulturowych. Co sprawiło, że się Pan tym zainteresował?

Zająłem się tym, ponieważ jest to bliskie moim historycznym zainteresowaniom. Działam w tym nurcie od mniej więcej dwudziestu lat. Bardziej niż aspekt różnic kulturowych pociąga mnie pierwiastek historyczny, badam rozmaite konsekwencje odmienności kontekstów historycznych dla funkcjonowania psychologicznego człowieka. Związałem się z krakowskim czasopismem „Historyka“ i zająłem się zagadnieniami być może ważniejszymi dla historyków niż dla psychologów.

 

Wydaje mi się, że jest to równie ważne dla obu dziedzin nauki. Posiadanie wiedzy na ten temat może sprawić, że łatwiej będzie nam zrozumieć, dlaczego ktoś działa tak, a nie inaczej.

Kilkadziesiąt lat temu psychologowie traktowali rozbieżności kulturowe jako ciekawostkę i nie prowadzili prawie żadnych badań porównawczych. Wyjątkiem były badania opisane w pracy z 1961 roku o związkach między motywacją osiągnięć a rozwojem gospodarczym, dzisiaj zresztą niesłusznie zapomniane. Dopiero w latach osiemdziesiątych rozpoczęto na wielką skalę badania międzykulturowe. Psychologia historyczna nigdy nie znajdowała się w głównym nurcie, stanowiła raczej dopełnienie porównawczych badań międzykulturowych.

 

Co wpłynęło na rozpoczęcie tych badań?

Na to pytanie nie ma prostej odpowiedzi. Moim zdaniem miało na to wpływ kilka czynników, w tym fakt, że zainteresowały się tym wielkie postacie psychologii oraz czysty przypadek. Badania międzykulturowe wymagają dużych zasobów czasu i pieniędzy oraz sprawnego poradzenia sobie z barierami językowymi. Do pewnego momentu  brakowało badaczy, którzy podjęliby się tego zadania.

 

Czy nie uważa Pan, że większą ilość prowadzonych badań międzykulturowych można by przypisać zjawisku globalizacji?

Proces globalizacji pociąga za sobą kulturową unifikację. Psychologia międzykulturowa skazana jest na kultury istniejące, które często zapożyczają od siebie wiele elementów. Tutaj wkracza psychologia historyczna, która wykazuje, że w miejscach, w których nigdy nie było wcześniej kontaktów z innymi kulturami, pewne zależności również się powtarzały, co świadczy o uniwersalności opisujących je twierdzeń.

 

Większość badań nad kulturami kolektywistycznymi i indywidualistycznymi dotyczy krajów skrajnych, a więc Stanów Zjednoczonych i Chin. Gdzie w tym wszystkim plasuje się Polska?

Na to pytanie również próżno szukać jednoznaczej odpowiedzi. Badania w Polsce prowadzone są od początku transformacji ustrojowej w latach dziewięćdziesiątych. W tej kwestii trudno jest zaklasyfikować Polaków gdziekolwiek; istnieją co prawda tradycje postszlacheckie, promujące indywidualizm, ale bywa on wybujały, anarchistyczny i kompletnie dysfunkcjonalny. Z drugiej strony, w pewnych momentach historycznych byliśmy bardzo kolektywistyczni, a to tworzyło blokady rozwojowe. Ale tradycje i normy, tak usilnie implantowane przez komunistów, były przez Polaków sprytnie obchodzone. Wobec tego wyłania się pytanie: czy lepiej być indywidualistą czy kolektywistą?

 

No właśnie. Jaką rolę odgrywa w tym kontekst sytuacyjny?

W ostatniej mojej pracy postawiłem tezę, że zarówno skrajny indywidualizm jak i skrajny kolektywizm są dysfunkcjonalne. Natomiast jeśli trzeba by było wybierać, bardziej szkodliwy jest nadmiar kolektywizmu. Innymi słowy, jeśli za bardzo dba się o dobro wspólne, to paradoksalnie prowadzi to do większych szkód niż nadmiar indywidualizmu i przekonań liberalnych. Trzeba być bardzo ostrożnym z pojęciem „dobra wspólnego“ – jeśli bardzo dbamy o dobro wspólnoty, to działamy w sposób krzywdzący dla osób spoza naszej grupy, rodzą się uprzedzenia i wrogość.

 

A jak ma się to do poczucia sprawowania kontroli? Popularne jest stwierdzenie, że kolektywiści łatwiej znoszą porażki niż indywidualiści, ponieważ wierzą, że nie wygrają z losem.

Dziś wiemy, że lokalizacja poczucia kontroli, czyli przekonanie, że to ja sprawuję kontrolę lub decyduje o tym przypadek czy jakieś siły zewnętrzne wobec mnie, bywa różne w różnych kulturach. Kultury kolektywistyczne sprzyjają ludziom przekonanym o braku wpływu na rzeczywistość, w tym na własne zachowania. Ale czy jest to funkcjonalne? Nisbett twierdzi, że w różnych środowiskach kulturowych zarówno locus kontroli zewnętrzny jak i wewnętrzny mogą być przydatne. Jeszcze nie tak dawno psychologowie byli przekonani, że wewnętrzne umiejscowienie kontroli jest zawsze bardziej funkcjonalne i wskazuje na dobre przystosowanie. Dziś trzeba być tu bardziej ostrożnym. Są kultury, w których to właśnie zewnętrzność jest bardziej przydatna. Ta materia nie jest jeszcze do końca poznana.

Mówiąc o zagadnieniu poczucia kontroli, powinniśmy zwrócić uwagę na ogólniejsze zagadnienia funkcjonowania Ja. A tu ważny jest dorobek polskich psychologów. Badania Marii Jarymowicz i jej współpracowników dostarczają w tym względzie bardzo ważnych informacji, wskazują, że mając wyraźnie wyodrębnione własne Ja od My i Oni ludzie paradoksalnie stają się bardziej prospołeczni i są skłonni działać na rzecz innych. Rozwój tożsamości osobistej może też prowadzić do wykształcenia tolerancji, która dla liberała, za którego się uważam, jest niesłychanie ważna.

 

Ile czasu zajmuje imigrantowi z Zachodu lub Wschodu przystosowanie się do nowej kultury?

Niewiele. Badania nad migrantami ze Wschodu w Stanach Zjednoczonych pokazują, że czasem już po kilku latach takie osoby radzą sobie bardzo dobrze, mówi się nawet, że są lepszymi Amerykanami niż tubylcy (śmiech). Szybkość przystosowania się zależy od różnic indywidualnych i od tego, czy imigranci przebywają w towarzystwie innych imigrantów. Często następuje stosunkowo szybka zmiana mentalności.

 

To całkiem optymistyczna konkluzja. Bardzo dziękuję Panu za rozmowę.

 

 

Studentka pierwszego roku psychologii zainteresowana głównie domeną kliniczną. Pasjonatka wszelkiego rodzaju literatury i miłośniczka filmów. Chciałaby wierzyć, że ludzie są w porządku. Nieustannie podejmuje próby pisarskie i reżyserskie. Płacze, oglądając reklamy Allegro, a kiedy się śmieje, zakrywa usta dłonią. Gdyby jednak miała powiedzieć coś o sobie, okazałoby się pewnie, że przychodzi jej to z niemałą trudnością.
1