red. Tomasz Wołodźko

fot. Kamil Zwijacz

Jego głos rozpoznaje każdy stojący co dzień w korku mieszkaniec Wrocławia. Od ponad 20 lat pracuje w Radiu ESKA, kiedyś budząc, a dziś rozluźniając po pracy swoich słuchaczy w programie Wołodźko i Stajniak z Kasią Pawlak. My znamy go jako wykładowcę Uniwersytetu SWPS i Opiekuna naszego magazynu. O nauczaniu, muzyce, miłości do kolarstwa i powodach, dla których nie spotkacie go na rowerze w drodze do pracy opowiedział nam redaktor Tomasz Wołodźko.

 

Studenci uważają Pana zajęcia za inspirujące i skłaniające do przemyśleń. Nie daje Pan ryby ani wędki, tylko wizję jak tę wędkę stworzyć. Często jest Pan zaskoczony finalnym efektem tych pomysłów?

Tak, coraz częściej i bardzo mnie to cieszy, bo naturalnym zjawiskiem jest dla mnie, że spotykam się ze studentami nie tylko dlatego, żeby im coś przekazać, ale też po to, żeby samemu się zainspirować. To przewodnia myśl moich spotkań z nimi. Myślę, że nie dałbym rady wykrzesać z siebie tyle energii, jeśli nie miałbym z tego żadnych korzyści. Staram się zachować równowagę, żeby studenci dostali ode mnie tyle, ile ja dostaję od nich. Im bardziej zaskakujące są te spotkania, tym chętniej prowadzę takie zajęcia.

 

Jak odniesie się Pan do tego, że niekiedy są one kontrowersyjne?

Na pierwszych zajęciach wspólnie ustalamy, że najważniejszą zasadą jest mówienie prawdy, a ona czasem bywa łagodna, czasem ostra. Ja również często jestem zaskoczony ostrymi reakcjami studentów na niektóre rzeczy. Domyślam się, że czują się zaskoczeni, kiedy mocno reaguję, jeśli czuję, że tak ma być. Mieści się to w zasadzie o mówieniu prawdy.

 

 

Spotykam się ze studentami nie tylko dlatego, żeby im coś przekazać, ale też po to, żeby samemu się zainspirować.

 

 

Widząc osobę, która skupia swoją uwagę na smartfonie, a nie na wykładzie czuje się Pan nieraz jak Adaś Miauczyński z ,,Dnia Świra” w scenie recytacji ,,Sonetów krymskich”? Szuka Pan ,,jedynych oczu, które słuchają”?

Jesteście pokoleniem urodzonym w sieci. Nigdy nie kazałbym wam oddać telefonów przed zajęciami i zwrócić je dopiero po. Rozumiem potrzebę zerkania na nie. Natomiast drugą stroną medalu jest naturalna potrzeba każdego człowieka, żeby inni skupili na nim uwagę, jeśli ma coś do przekazania. Bardzo lubię, gdy mówię i widzę, że są osoby, które się na tym koncentrują, zatem kiedy mówią studenci, ja również jestem skupiony i staramy się nawzajem nawiązać kontakt. Temu służą te zajęcia. Czasem mówię, żeby nawet udawali, że słuchają, bo to też jest wystarczająco miłe.

 

Na SWPS działa już kilka inicjatyw studenckich, jedne lepiej, inne trochę gorzej. Jakiej jednak, Pana zdaniem, jeszcze brakuje?

Nawiązując do tego, o czym mówiliśmy na początku, studenci wiedzą lepiej ode mnie, co by chcieli stworzyć.  Wiem, że Jeszcze nie raz zostanę zaskoczony nowymi pomysłami, które wspólnie staramy się wydobyć. Potrzeby rodzą się z dnia na dzień. Jeśli studenci  podejmą się stworzenia na uczelni radia, to jak najbardziej dołączę do tego projektu, bo to kolejne miejsce, gdzie mógłbym nauczyć się nowych rzeczy o mediach i ich odbiorcach.

 

 

 

Na przestrzeni dekad pracując w radiu, poznał Pan wszystkie największe hity. Czego słucha Pan prywatnie?

Wszystkiego. Naprawdę. Nie omijam nawet disco polo. Nie przepadam za muzyką pop, ale podziwiam jej twórców za skuteczność produkcyjną. Staram się słuchać całych płyt a nie pojedynczych utworów. Szukam opowieści również w kolejności utworów i w okładce płyty.  Lubię wierzyć, że wykonawca  stworzył słowa i muzykę. Nawet jeśli są niedoskonałe, to jest w nich coś prawdziwego. Nie przepadam  za  coverami, choć bywają genialne wykonania. Takie niespójne jest to moje słuchanie. Zerknę na ostatnią playlistę: nowa Brodka, stary Rojek, nowa i stara Maria Peszek, aktorskie songi Brechta, Pidżama Porno, Jacek Kaczmarski, Lech Janerka, Brad Mahldau, Avishai Cohen, Yasmin Levy, Dżem, Raz,Dwa, Trzy,  Stare Dobre Małżeńsrwo,, Siekiera, Sedes. To tak z grubsza melodie z ostatniego tygodnia.

 

 

Na trzy godziny muszę przestać być egoistą i skupić się na myśleniu o swoich odbiorcach – to jest kluczem. Po audycji znowu mogę myśleć o sobie.

 

 

Ile czasu zajęła Panu nauka pozostawiania swoich emocji za drzwiami studia?

To jest podstawa pracy dziennikarza i musiałem się tego nauczyć od razu. Pracuję w usługach, to praca dla słuchaczy. Są moimi klientami, a klient nasz pan, więc moim zadaniem jest zrobić wszystko, żeby zaspokoić ich potrzeby. Jeśli poświęcają mi swój czas daję z siebie 100% energii. Na te 3 godziny muszę przestać być egoistą i skupić się na myśleniu o swoich odbiorcach – to jest kluczem. Po audycji znowu mogę myśleć o sobie.

 

Czy Pana charakterystyczny głos często jest rozpoznawany we Wrocławiu?

Bardzo. Radiowcy są nierzadko nieśmiali, ja również i zawsze sytuacja jest niezręczna, kiedy ktoś prosi o autograf. To oczywiście jest bardzo miłe i zaspokaja próżność, którą każdy ma, ale nigdy nie uznam tego za naturalne. Nie mam konstrukcji psychicznej celebryty, a odkąd popularne są portale społecznościowe i internet, słuchacze wiedzą jak wyglądam, więc podchodzą, kiedy mnie rozpoznają. Klasycy mawiali, że radio to teatr wyobraźni i zupełnie inaczej odbiera się program radiowy, kiedy widziało się osobę, która mówi. Wcześniej wyobraźnia była wartością, dzięki której zupełnie inaczej widzieliśmy osobę, która do nas przemawia.

 

 

Człowiek dochodzi do wniosku, że nie jest w stanie sam zrobić wszystkiego. A nawet jeżeli jest – lepiej czasem zrobić coś w grupie.

 

 

fot. Piotrek Bukowski

 

Łatwo z Panem współpracować?

Trudno. Ale łatwiej niż kiedyś. W pewnym momencie człowiek dochodzi do wniosku, że nie jest w stanie sam zrobić wszystkiego. A nawet jeżeli jest – lepiej czasem zrobić coś w grupie. Każdy z nas ma wady i zalety, i uczymy się z nimi współpracować, ignorując wady, jeśli nie są one dyskwalifikujące. Z Kasią Pawlak i Maćkiem Stajniakiem znamy się już długo i wiemy jakie są nasze słabe strony. Staramy się je pomijać. Moją wadą jest impulsywność na pograniczu, a nawet za granicą furii i z czymś takim ciężko pracować. Ale mam też zalety! Wszyscy wiedzą, że gorsze momenty miną i znowu nastąpi sielanka.

 

Czym dla Pana jest kolarstwo?

Od kolarstwa  ważniejsza jest tylko rodzina i czasem praca. Biorę udział w wyścigach, bardzo chciałbym zostać mistrzem świata, oczywiście w kategorii masters. Poświęcam temu tygodniowo kilkanaście godzin wyrwanych z pracy w radiu, z zajęć ze studentami, z obowiązków domowych. To naprawdę wymaga precyzyjnego zaplanowania i gdybym był perfekcjonistą to realizowałbym ten plan w 100%, jednak jeszcze nigdy mi się nie udało, bo zawsze coś wypada. Stąd ta pokora- coś zaplanowałem i nie wyszło.

 

Czego nauczyły Pana wyścigi kolarskie?

Przede wszystkim ciężkiej i systematycznej pracy przez cały rok, żeby utrzymać się w peletonie i nie być ostatnim. Również dbania o sprzęt, bo od tego zależy moje bezpieczeństwo, kiedy zjeżdżam z góry 80km/h. Wszystko musi być perfekcyjne. Jedyne, co mi w tym nie wychodzi to wzięcie udziału w corocznych Mistrzostwach Polski Dziennikarzy w kolarstwie szosowym, bo zawsze coś mi wypada i w tym roku też akurat mam zajęcia ze studentami zaocznymi na Uniwersytecie SWPS

 

fot. Kate Borska


Skąd wzięło się zamiłowanie do kolarstwa? To nie tylko jazda na rowerze, ale też dbanie o sprzęt, specjalne ubrania.

Zaczęło się kilkanaście lat temu. Był taki moment w moim życiu, kiedy pomiędzy pracą, życiem artystycznym i graniem w gry komputerowe pomyślałem, że chciałbym zrobić coś nowego. Musiałem znaleźć coś kompletnie innego od czynności wykonywanych przeze mnie na co dzień. W peletonie ludzie nie rozmawiają o mediach, literaturze i polityce.

 

Jakie są Pana najważniejsze osiągnięcia w wyścigach kolarskich?

Kiedyś byłem mistrzem Polski dziennikarzy w maratonie MTB na dużym dystansie, czyli 90km. W sezonie zaliczam jakieś 30-40 wyścigów, z czego większość w środku peletonu, kilka razy stałem na podium. Głęboko wierzę w to, że największe sukcesy jeszcze przede mną.

 

Czego brakowało magazynom branżowym, że zdecydował się Pan na stworzenie Wrocławskiej Gazety Kolarskiej?

Brakowało lokalności. Założyliśmy wspólnie z żoną Wrocławską Gazetę Kolarską, by wrocławskie środowisko kolarzy zawodowych i amatorów, trenerów , działaczy oraz kibiców też miało swoje media. Teraz nie trzeba wygrać Tour de France lub zostać Mistrzem Świata, by zobaczyć swoje nazwisko i zdjęcie w prawdziwej gazecie. Proszę mi wierzyć: emocje tworzenia reportażu o zwycięzcy Żądła Szerszenia niczym się nie różnią od pracy nad wywiadem z mistrzem świata, jeśli tylko poważnie traktujemy naszych odbiorców.

 

Jeśli miałby Pan okazję, aby zmienić zawód i wybrać inną ścieżkę kariery, co by to było?

Zawodowy kolarz. Po zakończeniu kariery mógłbym zostać dziennikarzem sportowym. Jestem bardzo szczęśliwy, że mam taki zawód i zupełnie nie wyobrażam sobie czegoś innego. Nie chciałbym niczego zmieniać.

 

Jak zachować pomiędzy wszystkimi zajęciami równowagę?

Trzeba dobrze wszystko zaplanować, nawet czas na nudę. Wiem, że nie wszystko mogę zrobić: nie przeczytam wszystkich książek, nie przesłucham wszystkich płyt, nie pójdę na wszystkie imprezy i nie spotkam się ze wszystkimi znajomymi, w związku z tym nie odbędę wszystkich podróży dookoła świata ani nie wezmę udziału we wszystkich wyścigach, w których udział chciałbym wziąć. Pewien mądry człowiek powiedział, że życie nie polega na tym, żeby robić ciągle więcej, tylko wiedzieć z czego mądrze zrezygnować zamiast jechać na upartego do końca.

 

 

Współzałożycielka. Absolwentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej. Żeńska wersja Piotrusia Pana. Miłośniczka książek, w szczególności kryminałów i fantastyki. Woli się spóźnić, ale dokończyć ostatnie minuty serialu. Jest jak chihuahua - mała i głośna. Kocha herbatę w każdej postaci i na okrągło mogłaby jeść sushi. Interesuje się polityką, a przyszłość wiąże z dziennikarstwem.
1