Ten samolot już odleciał

3 lata temu w Amsterdamie spóźniłam się na samolot. Odleciał beze mnie. Za pokutę wracałam do Kopenhagi przez Berlin – 10 godzin autem (w pięć osób i z bagażami), a później 7 godzin autokarem (z krzesłami zamiast foteli). Przez kolejny tydzień zarzekałam się, że to był ostatni raz, kiedy nie dopilnowałam czasu. Chodziłam jak w szwajcarskim zegarku. Potem wszystko wróciło do normy.

2 lata później, na Uniwersytecie SWPS we Wrocławiu, swój wykład rozpoczął profesor Wiesław Łukaszewski. Jeden ze studentów, niezwykle odważny, wszedł do auli spóźniony, ukłonił się i powiedział „dzień dobry”. W odpowiedzi usłyszał legendarne: „ten samolot już odleciał”. W tamtym momencie nie sądziłam, że te dwie, uzupełniające się historie, zaowocują rozmową z najbardziej punktualnym prowadzącym na naszej uczelni (i zapewne nie tylko). Wystarczyło się nie spóźnić.

 

PROF. DR HAB. WIESŁAW ŁUKASZEWSKI

 

Spóźnianie się — zjawisko, którego nikt nie lubi, a jednak dużej ilości osób regularnie się przydarza. Co psychologia mówi na ten temat? Z czego to wynika?

Zacznijmy od faktów. Nie tak dawno opublikowano wyniki badań nad gimnazjalistami i licealistami z kilkudziesięciu krajów. W czym polscy uczniowie wypadli najgorzej ze wszystkich? W spóźnianiu się. Robią to notorycznie. Ja to nazywam taką kulturą bałaganu. Popatrzmy na to z perspektywy interpersonalnej: ktoś się z kimś umawia i nie zjawia się, po czym opowiada kłamliwe historyjki. Delikatnie mówiąc, niezbyt szanuje tego, z kim się umówił. Notoryczne spóźnianie się studentów – to też jest taki tutejszy polski obyczaj. Nie zdarzało mi się oglądać tego gdzie indziej.

Pan Profesor też na to nie pozwala…

Bo to jest otworzenie drzwi, wejście i powiedzenie wszystkim: „słuchajcie, mam was gdzieś”. Ot tak, po prostu. W naszej kulturze relacje między ludźmi opierają się w głównej mierze na lubieniu i nielubieniu, natomiast powszechnie lekceważy się relacje oparte na szacunku. Jest też aspekt ekonomiczny w tym spóźnianiu się. Jak spóźnia się jeden pociąg, to zaczynają się spóźniać inne, a koszty się mnożą. Nasza szwedzka koleżanka, Helena Lindskog, napisała piękną książkę pod tytułem “Czas biedny i czas bogaty”. Pokazała, jak szanowanie czasu przekłada się na aspekty takie, jak dochód narodowy brutto, czy produkt krajowy oraz na ogólną zamożność i pomyślność społeczeństwa.

I co się okazało?

Jest nieprawdopodobnie wysoka korelacja między punktualnością zegarów i PKB. W krajach, w których respektuje się umowy dotyczące czasu, jest znacznie większa zamożność. Inną kwestią jest niedopasowanie czasu do zadań. W Holandii pracę magisterską przygotowuje w jeden semestr, podczas gdy w Polsce — w cztery. Ta nadwyżka czasu to czyste marnotrawstwo, bo można dobra prace przygotować w kilkanaście tygodni. W naszej codzienności nieszanowanie czasu jest sprawą powszechną. Nie mamy żadnych procedur, które by temu zapobiegały. Stosowałem kiedyś wobec studentów metodę perswazyjną. Bezskutecznie. Natomiast, kiedy powiedziałem: „Dobrze, spóźniłeś się, to wychodzisz”, nagle okazało się, że Ci, co chcieli uczestniczyć w wykładzie, byli na czas. Musimy więc nauczyć się pewnych procedur ograniczania tego niechlujstwa.

Są takie sytuacje, w których nawet osoby z tendencją do spóźnień potrafią stawić się na czas. Czy wobec tego, jest to kwestia priorytetów?

To zdecydowanie jest kwestia priorytetów. Priorytetów wyrażonych poziomem poważania instytucji i drugiego człowieka. Problem naszej kultury polega na spadku tego poważania. Ludzie rzadko spóźniają się do sądu, a często do kościoła. O zajęciach szkolnych już nie wspomnę.

A hierarchia? Na portalach internetowych powtarzają się, chociażby takie wypowiedzi: „czekanie na kogoś albo bycie na czas oznacza desperację. Kto się spóźnia, jest ważniejszy”.

To jest bardzo częste w środowisku lekarskim. Lekarze notorycznie się spóźniają, ponieważ uważają, że mają do tego prawo, bo przecież są tacy zapracowani. We mnie niechęć wywołuje spóźnianie się każdej ze stron interpersonalnej relacji. Profesor, który nieustannie się spóźnia na prowadzone przez siebie zajęcia, daje świadectwo braku szacunku wobec swoich studentów i tak samo działa to w drugą stronę.

Na portalu Polki.pl znalazłam ciekawy artykuł „Ile wypada się spóźniać?”. Otóż 15 minut na pierwszą randkę, pół godziny na każdą kolejną oraz na spotkania z przyjaciółmi, godzinę, jeśli chcemy komuś zrobić na złość i aż 3 godziny przysługują celebrytom niezależnie od kontekstu. Ogólnie rzecz biorąc: spóźnianie się jest w dobrym tonie.

To jest właśnie to, o czym mówię. Kultura bałaganu, która upoważnia do lekceważenia innych ludzi. Myślę, że wiele podobnych zachowań bierze się z nieumiejętności patrzenia na świat oczami drugiego człowieka: czy ty chciałbyś być w sytuacji, w której czekasz na kogoś 3 godziny?

W teorii bardzo proste pytanie, choć niekoniecznie je sobie zadajemy.

No, więc właśnie. To taka narcystyczna perspektywa.

Skąd u Pana ta surowa dyscyplina?

Dość wcześnie nauczyłem się pożytków z dotrzymywania umów oraz strat wynikających z ich niedotrzymywania. To też wynika z wiedzy o szanowaniu czasu. Kiedy się szanuje czas, szanuje się też pracę i zaczyna się szanować pieniądze. A jak się szanuje pieniądze, to także partnerów. I tak dalej.

W wywiadzie dla Justyny Dąbrowskiej, który opublikowała w książce pod tytułem „Nie ma się czego bać”, wypowiedział Pan takie zdanie: „związek między tym, co cenimy, a tym, jak się zachowujemy, jest słaby”. Czy Panu też zdarzało się spóźniać?

Nie. Mnie się zdarzało zapomnieć. Na przykład o umówionej wizycie u lekarza. Oczywiście, mam o tym zdecydowanie złe zdanie. Natomiast ten związek, o którym tam wspominam, dotyczy też innych kwestii, na przykład takich, że ludzie deklarują wszelkie cnoty, a niekoniecznie ich przestrzegają.

Na przykładzie Pańskich wykładów ze studentami, czego chce ich Pan Profesor nauczyć poprzez taką dyscyplinę?

Myślę, że w największym stopniu zmierza to do uświadomienia, że to, co nam się wydaje niewykonalne, jest wykonalne. Ja, oczywiście, nie mam nadziei, że po takim kursie studenci będą pilnie przestrzegać czasu. Zwyczajnie dlatego, że ludzie są adaptacyjni i rozgrywają swoje interesy w interakcji z otoczeniem. Jeśli pani Krysia pozwala się spóźniać, to będą się spóźniali, prawda? Jeśli pan Jurek pozwala jeść schabowe podczas swojego wykładu, to będą jedli. Sam widziałem panią ze schabowym na wykładzie.

Jak Pan zareagował?

Poprosiłem, żeby sobie jednak poszła do baru z tym schabowym. Można powiedzieć, że naturalną rzeczą jest korzystanie z obszaru dowolności, który nam dają.

A co wartościowego może nam dać ograniczanie tej dowolności i zmierzanie do porządku?

Przede wszystkim to jest trening samokontroli, często owocny. Zwiększamy w ten sposób nasze zasoby kontroli, ale to już osobny temat.

Podczas rozmowy z opiekunem naszej redakcji, red. Tomaszem Wołodźko, usłyszałam, że był Pan Profesor pomysłodawcą tak zwanej szkoły otwartej. To pojęcie kojarzy się ze zmniejszonym rygorem. Czy mógłby Pan o tym opowiedzieć? Jak to się ma w stosunku do utrzymywania przez Pana ścisłej dyscypliny czasowej?

Dobre pytanie. To się nazywało Wrocławska Szkoła Przyszłości. Istota otwartości, w tej kwestii, dotyczyła dobrowolnego kontraktu pomiędzy uczniem a szkołą, którego obie strony miały sumiennie przestrzegać. Miał to być system kształcenia oparty na zaufaniu. Z dzisiejszej perspektywy na to patrząc, myślę, że to był pomysł bardzo interesujący, ale troszkę naiwny. Nie wzięliśmy pod uwagę bardzo niskiego poziomu zaufania społecznego w Polsce.

Na koniec proszę o wskazówkę dla naszych czytelników, co zrobić, żeby się nie spóźniać?

Przyjść trochę za wcześnie (śmiech). Ze mnie zawsze się śmieją wszędzie, gdzie pracuję, że przychodzę kwadrans przed zamiast kwadrans po. Trzeba mieć intencje punktualności i brać pod uwagę ten błąd w ocenie czasu. To kluczowa sprawa.

Bardzo się cieszę, że zechciał Pan spotkać się ze mną i porozmawiać. Dziękuję.

 

 

Studentka trzeciego roku psychologii. Wiecznie niezdecydowana, ale pełna pomysłów. Przemieszcza się z miejsca na miejsce i szuka. W wolnych chwilach tańczy, a pisząc, ubiera w słowa niewypowiedziane dotąd myśli.
3