Kęs wyobrażalnie istotnego istnienia
NOWOŚĆ Społeczeństwo

Kęs wyobrażalnie istotnego istnienia

9 sierpnia 2021

Pierwszy Homo sapiens leżał wśród traw, z których się uformował. Arystoteles jeszcze nie mógł odnaleźć takiej koncepcji w swoim umyśle, bo nie należał do tego świata, w swoim świecie też jeszcze nie istniał. Prawdopodobnie pomyślałby, że tak jak wszy powstają z brudu, a myszy z siana, tak z nieożywionej materii tlenu, węgla i wodoru narodził się nowy gatunek. Pierwszy człowiek od początku czuł, że coś nie wyartykułowanego kłuło go w podświadomości. Wkrótce bezlitosna pierwsza asocjacja przeszła dreszczem w górę kręgosłupa, aby uderzyć o podstawę oczu. W kolejnej sekundzie ujrzał cały ogrom otaczających go struktur i oddziaływań. Ku zadowoleniu nieistniejącego jeszcze Sokratesa, dostąpił oświecenia, uwalniając wiedzę, z którą się przecież urodził. Doznanie poznania poprowadziło go ku absolutowi. Przeniknęło go i otworzyło jego czakry. 

Oto dzień, w którym otrzymał pełnię władzy nad światem, zamkniętą w kryształowej kuli, takiej ze spadającym śnieżkiem w środku. Wtedy myśl. Ja mistrz!… Potrząsnę! Mieszkańcy szklanej sfery zamarli w napięciu. Potężny płatek śniegu wzleciał, zawirował po czym roztopił się na policzku anonimowej damy. “Imponujące! Nigdy nie mieliśmy tu tak jedynego i potężnego płatka śniegu.” Tak minął mu dzień pierwszy, podobnie drugi, aż do siódmego, w którym to Homo Sapiens I Wielki  wycieńczony zarówno emocjonalnie, jak i fizycznie udał się na zasłużony odpoczynek. 

DOPAMINA

Osobnicy, u których rozwija się uzależnienie od narkotyków, wykazują pewne nieprawidłowości w funkcjonowaniu kory przedczołowej. Jest to region mózgu odgrywający ważną rolę w osądach, planowaniu i innych działaniach wykonawczych. W warunkach prawidłowych występuje okiełznanie impulsów, skłaniających do uzyskania natychmiastowego efektu nagradzającego, na rzecz ważniejszych lub silniej nagradzanych celów. Następuje to w wyniku wysyłania przez korę przedczołową hamujących sygnałów do dopaminergicznych neuronów VTA mezolimbicznego układu nagrody. U osób uzależnionych od narkotyków, proces wysyłania sygnałów do układu nagrody jest zaburzony, co zmniejsza zdolność kory przedczołowej do powstrzymywania patologicznych impulsów i prowadzi do przymusowego przyjmowania narkotyku. (Uzależnienia lekowe: mechanizmy neurobiologiczne i podstawy farmakoterapii Jerzy Vetulani)

Na początku świata człowiek nie ćpał, tylko leżał na łące, na której się urodził. Jakąś chwilę temu wszedł w piąty raz w fazę REM. Promienie słońca zaczęły przebijać się przez zamknięte powieki. Poziom melatoniny powoli spadał, kiedy nagle mózg obniżył swój stopień pobudliwości. Człowiek obudził się. Jeszcze chwilę walczył z ciężkimi powiekami, czekając aż szyszynka ostatecznie da za wygraną. Nie wiedział, po co tak się katuje. Nie miał żadnych konkretnych planów na dzień. Nie chciało mu się wstawać ani nigdzie iść. Już wystarczająco męczyło go naprężanie mięśni źrenicy i to, że jego móżdżek trzymał tonus mięśni, na wypadek gdyby zapragnął się poruszyć, na co się nie zanosiło. 

W ostatnim czasie nie znajdował w życiu nic, co by motywowało go do zdobycia dawki dopaminy. Najchętniej zaliczyłby jeszcze parę faz snu. Właśnie miał znów podwyższyć swój próg pobudliwości, odcinając się od części bodźców, kiedy jego chemoreceptory zarejestrowały zapach. Nabłonek jamy nosowej. Nerw węchowy. Wzgórze. Kora mózgowa. Z początku płat skroniowy nie wiedział, co zrobić z impulsem, który do niego trafił. Próbował wraz z częścią potyliczną. Zaklasyfikować go do któregoś z istniejących już konstruktorów poznawczych i zlokalizować  źródło bodźca. Delikatny zapach kwiatów. Dziwne. Rozejrzał się: wokół brak tego typu obiektów. Ogółem ekosystem człowieka nie był bioróżnorodny. Składał się głównie z roślin gatunku Agrostis Capillaris znanego nam jako… trawa. 

Przygotowania móżdżku okazały się słuszne, bo nagle człowiek zerwał się, aby dowiedzieć się, skąd pochodzi ta pociągająca woń. Podekscytowany wtykał nos w każdą kępkę zarośli. Nie znalazł. Przestał ją czuć. W tafli pobliskiego strumienia, zobaczył odbicie swoich przekrwionych szklistych oczu. Zbliżył twarz do srebrzystej powierzchni, żeby się przyjrzeć, kiedy w kanale półkolistym błędnika przelał się płyn. W stanie nieważkości zaczęła go ogarniać ciemność. Gwałtownie wyprostował się, bo przez chwilę miał wrażenie, że wpadnie do czarnych odmętów źrenic, patrzących na niego z lustra wody. Potem nastąpił skurcz przepony i paru innych mięśni. Człowiek zaśmiał się pod nosem z samego siebie. Cóż więcej mógł zrobić? Pustynia sensoryczna nie zostawiła żadnej alternatywy do ponownego zaśnięcia.

Kęs wyobrażalnie istotnego istnienia
fot. Adam Birkett

POMYŁKA EWOLUCJI

Ewolucja jest mechanizmem, dzięki któremu populacja organizmów żywych jest coraz lepiej przystosowana do zmieniających się warunków środowiska. Jednak w skali jednostki wykształca ona, niby przypadkiem, cechy zupełnie nieadaptacyjne. 

Człowiekowi było zbyt dobrze w raju, żadnych negatywnych emocji, żadnych zmartwień. Dobry Bóg dbał o niego. Pozwalał żyć w cieple, ukojeniu i spokoju. Jednak on chciał doznawać więcej, nie ograniczając się tylko do dobrych doświadczeń. Nie wiadomo skąd w człowieku hedonistyczna wola poznawania i poruszania się. Od kiedy potrafi sterować żaglówką, przestrzeń świata nabrała pełni. Nie jest już pofragmentowana połaciami niedostępnych wód. Przepłynięcie z jednego lądu na drugi było w zasięgu jego możliwości, a teraz błękit wydyma mu oczy na bezkres głębi oceanu. Morska sól karbuje mu skórę. Na jednej z wysp, do której przybił, czuje na nagim ciele, jak między trzeszczące z gorąca pnie fig, oliwek i drzew chlebowych, wciska się orzeźwiająca bryza od morza. Stojąc na głazie wysuniętym nad przejrzystą turkusową wodą, człowiek może odetchnąć. Wszystko pełne i czyste jak jego umysł. 

Jest to moment, w którym ma uświadomić sobie pewną trudność. Zdumiewające jest to, że człowiekowi wykształcił się mózg większy niż potrzebuje do przetrwania. Ewolucja o tyle popełniła błąd, o ile przeszkadza on Homo sapiens w prostej, szczęśliwej egzystencji. Przez miliony lat organ ten rozrósł się tak, że czaszka zaczęła być dla niego za mała. Cudowny organ chce stwarzać nowe byty. Czuje się nieśmiertelny. Chce stwarzać byty, które stworzyły jego samego. Kostna puszka o kamień rozłupana, a z niej ma wypłynąć czysta mądrość? Mądrość, świadomość a może klątwy i choroby. Czaszka jest głową Zeusa, czy puszką Pandory? Nieistotne już. Teraz i tak nie ma odwrotu. Zresztą tak by się stało prędzej czy później, bo żądza poznawania, doświadczania i czucia, podsycana nadegzystencjalnym bólem, musiała znaleźć ujście. 

Dlatego człowiek rzuca się na ostrzone falami skały. Krew tryska, obryzgując równomiernie pokryte mewim gównem kamienie. Z czaszki, niby z winnego kielicha wypływa wodnista galaretowata struktura, aby unosząc się na falach upodobnić się do meduzy i ostatecznie zostać skonsumowana, a następnie wystrzelona z kloaki żarłocznego ptaszyska. Wszystkie szczątki człowieka, wraz z produktami zapamiętałej ptasiej defekacji połączy ostatecznie woda morska, wydobywając z mieszanki zuchwały fetor nadistnienia.

Kęs wyobrażalnie istotnego istnienia
fot. Jez Timms

CZY JESTEM PSZENICĄ, CZYLI NIEODWRACALNE KONSEKWENCJE POZNANIA.

Błagam, nie. Człowiek nie może być ograniczony jedynie do swojego ciała. Musi wykraczać poza ramy fizycznego doświadczenia poznanego rozumem. Poszukujemy prawdy o swoim pochodzeniu z zamiarem włączenia jej we własną tożsamość. Prowokujemy świat, żeby nam odpowiedział, zrywając być może owoc poznania dobra i zła z ogrodu Eden. Prawda okazuje się być rozczarowująca, szczególnie dla osobników wierzących w potęgę i świętość swojego gatunku. Nie dość, że mamy 98,5% wspólnych genów z szympansem, to istnieją nieubłagane dowody na to, że mamy wspólnego przodka z pszenicą i bakteriami, i z każdym najlichszym stworzeniem naszego świata. 

Czy to oznacza, że jesteśmy spokrewnieni ze wszystkimi organizmami żywymi? Czy jesteśmy istotni dla przyrody nie bardziej niż rośliny czy prokarionty? Jeśli tak, to wiele znanych metafor z literatury i filozofii, ma dużo więcej związku z rzeczywistością, niż mogłoby się wydawać ich twórcom. “Albo obojgu – trawa, Albo – obojgu tuwim”. Myślę, że autor nie wiedział, jak wiele wspólnego miał z trawą. Święty Franciszek słusznie nazywał zwierzęta braćmi mniejszymi, choć nie myślał wtedy o uniwersalizmie kodu genetycznego. Pascal mówił, że człowiek jest trzciną najlichszą w przyrodzie ale – w tej części aforyzmu następuje pokrzepienie odbiorcy – trzciną myślącą. 

Właściwie kiedy stał się człowiek? Ten dylemat dobrze obrazują postępujące zmiany nazewnictwa gatunków będących przodkami Homo sapiens w przykładowym podręczniku dla szkoły średniej. Przy australopiteku mówimy samiec i samica. Homo habilis awansuje na osobnika żeńskiego i męskiego, aby ostatecznie Homo sapiens nazwać mężczyzną i kobietą. Może człowieczeństwo zaczęło się od wyrabiania narzędzi, a może od pojawienia się duchowości. Tak, to najsensowniejszy moment. Człowiek potrzebuje Boga, potrzebuje robić coś bezcelowego z perspektywy ewolucji. Konstrukt nie zwiększający szans na przetrwanie, jakim jest sztuka, okazuje się charakterystyczna dla Homo sapiens. Irytująca pycha naszego gatunku pozwala nam myśleć, że jesteśmy wszechpotężni. Człowiek istnieje stosunkowo od niedawna, a już niemalże zawładnął światem. Bawi sie w kreacjonistę zmieniając klimat, niszcząc i tworząc gatunki. Wynaturzony, działa przeciwko i dzięki naturze. Jednak naiwną jest nadzieja, że może ją w pełni okiełznać.

Można odnieść wrażenie, że Homo sapiens powstał przez przypadek i prawdopodobnie tak jest. Życie jest bez sensu, bo istota jednostki w dziele ewolucji wydaje się gubić w nieskończoności istot żywych. My znaczymy tyle samo dla ewolucji ile znaczy dla nas jeden grosz reszty, kiedy ekspedientka pyta nas przy kasie, czy może być nam tę wartość dłużna. Nie, my jesteśmy raczej atomem miedzi w tej monecie. Gdyby ten jeden atom uległ rozpadowi, moneta dalej miałaby tę samą wartość. 

Konsekwencją poznania istoty człowieka z perspektywy ewolucji jest nieodwracalne poczucie bezsensu. Będąc świadomym swojej istotności tak nikłej, że mogłaby być zrównana z niebytem, człowiek ma dwie drogi. Może przeleżeć całe życie na łące lub w łóżku, jeśli je ma, albo od razu popełnić samobójstwo. A skoro każde ludzkie życie jest bez sensu, to również nie ma sensu poświęcać go na poprawę absurdalnej egzystencji innych.  Druga droga, jaką może obrać jest skrajnie antagonistyczna. Polega ona na tym, żeby oprzeć sens życia na bezsensie. 

Można oddać się hedonizmowi lub stworzyć własny system wartości, bo ewolucja ściąga z człowieka boską odpowiedzialność za cały świat. Możemy w końcu skupić się na sobie i znaleźć swój indywidualny system wartości. Ona jest tak wspaniała, że nas nie ogranicza, a jak coś spierdolimy, to przecież nic nie szkodzi, bo mamy nikły wpływ na los ludzkość. Dowcipnisia z tej naszej ewolucji… Można by błędnie uznać, że działa celowo, że kreuje powstawanie nowych kombinacji genów, a w efekcie nowych organizmów. Otóż nic z tych rzeczy: dobór naturalny dzieje się samoistnie. Ona nie jest czymś, co włada światem, ale czymś, co się światu dzieje. Czasem wyewoluuje jej się coś zupełnie bez sensu. Na przykład naszemu gatunkowi zrobiła groteskowy żart. W istocie przekraczamy potencjałem, wyobraźnią i zdolnościami transcendentnymi to, co jest dla niej istotne, a mianowicie przedłużenie gatunku. Z tego wynika następujące równanie:

 egzystencja człowieka = absurd

Dla ewolucji znacząca jest populacja. Szczególnie taka, gdzie jest duża różnorodność genów. Takie lubi najbardziej. Łatwo można sobie wyobrazić, że z linii jednego osobnika za 500 lat powstanie około 100 potomków. Dla nas to długo, ale ona chętnie poczeka. Na samo powstanie naszego gatunku czekała około 1,9 mln lat od pojawienia się rodzaju Homo, więc pół wieku to dla niej mgnienie oka. Mniej niż jedną piątą owego mrugnięcia trwa ludzkie życie, które wraz z innym może dać nową konfigurację genów. Jednostka może podjąć decyzje o reprodukcji lub zapobiec narodzeniu się wielu osób. Władza nad życiem i niebytem ma znaczenie. Stąd można uzupełnić równanie:

egzystencja człowieka = absurd= sprawczość

DYGRESJA

Starzenie się to popadanie w rutynę, zatrzymanie się w miejscu. Z osiągnięciem 30 roku życia umiera się. Organizm daje do zrozumienia, że nie jest nieśmiertelny, widocznie w tym wieku kończy się poczucie nieśmiertelności i wszechmocy fizycznej. Brak ochoty na seks, organizm gorzej znosi alkohol. Naturalna potrzeba człowieka do przemieszczania zostaje uziemiona kredytami, domem, adresem, człowiek zaczyna mieć ulubiony proszek do prania. Kupuje 10 kilogramów masła na promocji. Ekscytuje się nową pościelą.

– Przepraszam?! Kolega zastanawia się, co jest najgorsze w dorosłym życiu.

– Najgorsze właściwie nie jest to, że się musisz utrzymać, tylko że kiedy każdy dzień staje się taki sam, to czas zapierdala. 

JUBILEUSZ

Sanetra. Ależ piękne nazwisko. Pan na zdjęciu obchodzi 35 jubileusz rozpoczęcia pracy w zakładzie. Ile to, czy to długo, nie wiem. 35 lat to liczba niewyobrażalna dla kogoś kto żyje krócej.

– Bo widzisz Karolku, to pięć razy więcej niż ty żyjesz. 35 razy musiało by być Boże Narodzenie!

Karolek był mądrym chłopcem, więc jeszcze raz przeliczył sam ile trwa 35 lat.

Czyli Sanetra już pracował zanim on się urodził, a przed jego narodzeniem jest nieskończona, niezidentyfikowana ilość czasu. Karolek doświadczył ile to jest trzy lata, bo trzy lata chodził do przedszkola. Siedem jeszcze wydaje mu się nieskończone, bo to całe jego życie. Natomiast ten Pan pracował  pięć  jego żyć. Czyli nieskończoność razy pięć. To się równa…Tak, z obliczeń małego wynika, że pan Sanetra pracował wiecznie.

BOŻE NARODZENIE

Mały Karolek nie chciał być już małym Karolkiem. Chciał być już duży tak jak tata. Był bardzo mądrym chłopcem. Z matematyki miał same piątki. Obliczył, że za 11 Bożych Narodzeń będzie już dorosły. Zatem 11 razy ubrał i rozebrał choinkę z rodzicami. 11 razy złożył życzenia rodzicom i dziadkom. Natomiast jeśli chodzi o kolegów i koleżanki, to z każdą turą życzeń przybywało osób do których je wysyłał. 11 razy do najlepszego kumpla. 9 razy do znajomych z klasy. 5 razy wrzucił świątecznego posta na Facebooku i 2 razy do dziewczyny w której się zakochał. Zajęło mu to cały dzień. Od wschodu do zachodu słońca. Ostatecznie udało, mu się dorosnąć. Wyjechał na studia. Pożegnał rodziców wzruszonych tym, jak szybko to się wszystko stało i tym, że nawet nie spostrzegli kiedy ten czas minął. 

Kęs wyobrażalnie istotnego istnienia
fot. Nikola Johnny

RECEPTA NA STAROŚĆ

Minął miesiąc, a ja nie mogę sobie przypomnieć co przez ten czas robiłam. Wszystko mi się zlewa w jeden dzień, bo codziennie robiłam to samo. Czas zapierdala najbardziej, kiedy się wypełnia zadanie po zadaniu, a te zadania generują nowe zadania. Mówić, zarezerwować, anulować, wyjechać, wrócić, ani się nie obejrzymy a znowu święta, a mamy wrażenie, że niedawno kupowaliśmy prezenty. Czyli tylko święta są momentem obudzenia z letargu, chwilowym wskrzeszeniem. W tym czasie można spotkać żywych ludzi, nawet jeśli są już po trzydziestce. Życie jest za krótkie, dlatego trzeba uważać, żeby go nie przegapić, ale doświadczyć i przeżyć. 

PRZEBUDZENIE HOMO SAPIENS

Człowiek otworzył oczy. Wybudził się ze snu, przez który stracił poczucie czasu. Skoro czas jest indywidualną percepcją zdarzeń, ciężko było mu stwierdzić, ile czasu spędził poza rzeczywistością. Wystarczyło się zorientować, co się stało, kiedy go nie było. Obudził się na łące na której zasnął, a ona trwała niezmiennie w zieleni. Nie wiedział, kimi gdzie jest. W sumie nie odróżniał się z zbytnio od otaczających go traw. Bez imienny i w bezruchu. Wtedy czas się skończył. Prócz postrzeganego czasu, równolegle płynie czas biologiczny. Każdy ma tyle samo czasu, bo w każdej chwili może się on skończyć. 

Z CZEGO SKŁADA SIĘ CZŁOWIEK. MOTYWACJA.

Pojawiła się kilkadziesiąt wydarzeń wcześniej. Nowa energia, którą Homo sapiens nigdy nie próbował władać, bo w istocie nie było jej w nim, a w ostatnim czasie uformowała i zmaterializowała się na tyle, że mógł jej dotknąć. Energia ta zaczęła oddziaływać na materię jego naczyń krwionośnych, bo kiedy przepływała przez jego ciało, czuł mrowienie wznoszące się od podstawy brzucha, ku szyi, do włosów na karku. Czasem opuszczała ciało przez krzyk albo zmieniała się w energię kinetyczną przedmiotów. To energia, więc może przybrać inną postać niż bezużyteczna. Skąd się wzięła? Kilkadziesiąt wydarzeń temu zrodziła się determinacja. Pragnienie zapanowania nad wydarzeniami. Więc chęć panowania nad czasem? To nie jest aż tak jednoznaczne. Potem zrodziła się frustracja, a z niej ostatecznie gniew.

HOMO SAPIENS. DOKOŃCZENIE

Wtedy Homo sapiens zrozumiał, że czas mu się kończy. Wydłuży go w nieskończoność zdarzeń, myśli, wątków, doznań. Jak kamień przemieniający się w człowieka. W ułamku chwili doświadczył więcej świata, aniżeli tysiące kamieni doznałyby przez tysiące lat. Poznał siebie w kontekście świata i w kontekście innych Homo sapiens. Ostatnią rzeczą, którą zauważył w na poziomie rzeczywistości, była panująca epidemia. Frustracja potrzeb. Frustracja większości pragnień. Dał sobie z tym spokój. Znalazł inne pragnienia. Badacz sugeruje – depresja, bo wirus? A człowiek przechodzi, mija, zimny, obojętny, smutny, jak Tuwim w “Et arceo”. Patrzy jak “patos lwi rozdyma mrówczą krzątaninę”. Przypomina sobie nawet o mieszkańcach swojej szklanej kuli. Oni z kolei nie wiedzą, kiedy minął im tydzień uniwersalnego społecznego czasu. Rzadko oddają się upływowi swojej indywidualnej percepcji zdarzeń. Skupiają się głównie na tym, żeby ich czas czasem nie rozmijał się z czasem innych. Po to jest uniwersalny społeczny czas, żeby ludzie mogli na siebie oddziaływać w uporządkowany sposób, żeby kelnerzy wszystkich restauracji mogli wystawić stoliki na tarasy wystawione na słońce, przed przyjściem klientów. Tak się zdarzyło, że czas Homo sapiens zbiegł się w czasie z porą obiadu w szklanej kuli. Świat ograniczony szklaną sferą to jedyny świat, nad którym miał pełnię władzy, ale ona już go nie pociągała. Zainteresował się tamtejszym życiem z czystej ciekawości. Homo sapiens pomyślał – potrząsnę, więc potrząsnął. Wzbił się śnieg i zaśnieżyło wszystkich zdezorientowanych obiadowiczy. Dawno nie zdarzyło się tu coś tak niespodziewanego.



Kęs wyobrażalnie istotnego istnienia

Julia Odelga – świeżo wyjęta z kontekstu własnej imaginacji. Zbyt efemeryczna, żeby powiedzieć o niej coś konkretnego. Równie ulotne i zmienne są jej myśli. Dużo pyta, analizuje, wątpi w to, co ustaliła. Gdy po tym bardzo boli ją głowa, wychodzi do ogrodu popatrzeć na róże. O co pyta? Głównie o człowieka. Odpowiedzi szuka, studiując psychologię. Trwa w toksycznym związku ze swoją twórczością. Często pisze, aby znienawidzić i jednocześnie pokochać to, co stworzyła.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Informacje zwrotne w treści
Wyświetl wszystkie komentarze